— Niech lecą, odnajdziemy je na dole. Gdzie są świece?
— Świec nie mamy — rzekł kapelan. — Ale są dwie pochodnie.
— To źle, bardzo źle — burknął gniewnie Rupert.
— Czekajcie, zaraz przyniosę — zawołała Ludmiła, biegnąc ku maleńkim bocznym drzwiom.
Była pewna, że nieprzyjaciel jeszcze tam nie wtargnął. Odemknęła zasuwy i znieruchomiała. Pod ścianą leżał Feliś z zakrwawioną piersią. Jego niegdyś figlarne oczy teraz były wypełnione majestatem konania. W głębi korytarza szamotało się dwóch mężczyzn. Byli tak zajęci walką, że nie spostrzegli dziewczyny. Szybko zamknęła drzwi, zaparła zasuwy i stając nad wejściem do podziemia, szepnęła:
— Chodźmy.
Elżbieta wzięła dziecko na ręce i drżąc ze strachu, zaczęła schodzić po wąskim ślimaku schodów, tuż za kapelanem. Za nimi szła Ludmiła obładowana dzbankami, potem Rupert z pochodnią. Już zbiegł kilka stopni, już chciał spuścić kamień, kiedy nagle przypomniał sobie o czymś bardzo ważnym.
— Sztaba! Zostawiłem sztabę! Czym otworzymy na powrót wyjście. — Wyskoczył na zewnątrz, porwał sztabę i wrócił, wołając półgłosem: — Wyłamują drzwi!
Natychmiast spuścił za sobą kamień, który z przeciągłym echem opadł nad nimi niby grobowe wieko.