— Nieszczęsny! — westchnęła Elżbieta z głębokim współczuciem.

Wasynga spojrzał na nią okrągłymi, przepełnionymi bólem oczami, padł jak długi na ziemię i trzy razy czołem uderzył:

— Jesteście jedynymi istotami, które mogą mnie rozumieć — mówił szlochając. — Jeńcy patrzą na mnie jak na dzikie zwierzę. O, czcigodne niewiasty, wielkie jak święta Zofia...

Odtąd Wasynga coraz częściej się zwierzał. Kiedy zbliżyli się do Prutu, niewiasty znały już dokładnie historię żołdaka i jego córki.

— Żal mi biednej Dżjafirki! Wielki strach mnie bierze o jej przyszłość — rzekła Elżbieta.

— Czemu? — zapytał zaniepokojony ojciec.

— Bo życie okupione mękami tylu ludzi nie może mieć boskiego błogosławieństwa.

Wasynga wzruszył ramionami i wyszedł nieco urażony. Jednak po godzinie wrócił. Kręcił się koło branek, patrzył spod oka, to na nie, to na córkę, aż wreszcie zapytał:

— Więc mówicie, że Dżjafirka nigdy nie będzie szczęśliwa?

— Ja tego nie mówię — zaprzeczyła Elżbieta — tylko boję się...