— Więc dlaczego się ich boisz?

— Jak będą wracali do Tany, gotowi powiedzieć, że mnie tu widzieli.

— I cóż ci to teraz przeszkadza? Zabrać nas nie zabiorą, choćby chcieli. Moi rodacy nas obronią, Węgrzy nas obronią. A przy tym trudno uwierzyć, by chrześcijanie chcieli naszej zguby...

— Wasza prawda, jak zawsze wasza prawda. Nie będę się bał. Już teraz mogę sobie drwić z Italczyków i Tatarów — rzekł Wasynga i ponownie zadarł głowę. Wszedł do czardy jak najprawdziwszy baskak.

Na progu minął się z chudziutkim, czarnym człowiekiem. Ten błysnął oczami, przystanął, a potem skoczył i zawołał:

Vasignio! Caro Vasignio!

Chwycił Wasyngę w ramiona i zaczął mówić szybko, żywo gestykulując, trochę po słowiańsku, trochę po tatarsku, bo znał równie dobrze oba języki.

— Skąd się tu wziąłeś, Vasignio?

— A skąd ty, Beppo? — zagadnął Wasynga dyplomatycznie, odpierając pytanie pytaniem.

— Około pół roku temu wyjechaliśmy z Tany, aż na pięciu galerach. Wszystko sprzedało się w Bizancjum, tam nakupiliśmy różnych śliczności i teraz podróżujemy lądem z towarami Europy do Azji. Lepiej wracać lądem, bo na Kapczackich stepach stoją wojska tatarskie i pewnie wszystko rozkupią.