— O, jakie szczęście, że tu wróciłam! Trzeba koniecznie wyrwać ją z tego piekła.
Nazajutrz Beppo wybrał ze wszystkich kosztowności dwie sztuki, ale według niego, nieoszacowane: sznur grubych i równych pereł oraz kanak72 przepysznej bizantyjskiej roboty, wysadzany szafirami i rubinami.
— Aż przykro pomyśleć, że ta szkaradna baba ma nosić takie cuda — wzdychał chłopak.
— Ach, mój Beppo, nie żałuj tych martwych kamieni. Weź jeszcze więcej, weź wszystko, byle targu dobić.
— Nie, signora, po co przepłacać. Moim zdaniem, te rzadkości to aż za wiele. Trzeba coś zostawić na drogę; gdybyśmy wszystko rozdali, przyszłoby nam wracać o żebranym chlebie, a droga trudna, wśród nieprzyjaciół, których może nieraz jeszcze wypadnie przekupić.
Po godzinie wrócił z jakimś dziwnym wyrazem twarzy.
— Ta sprawa potrwa dłużej, niż sądziliśmy. Ciężka przeprawa z tą Arguną. Zamówiłem się do niej pod pozorem, że mam na sprzedaż piękne, tanie towary. Kiedy wpuszczono mnie do jurty, powiedziałem jej w cztery oczy: zacna pani, tu chodzi o inny rodzaj targu. W Hungarii spotkałem małżonka niewiasty, która jest piastunką waszego dziecka. Jej mąż to wielki polski pan, wielki bogacz. Chciałby żonę wykupić i wybrał mnie za pośrednika. Przywiozłem okup, proszę zobaczyć, prawdziwie królewski. Arguna roześmiała się twardo i oświadczyła, że niańki za żaden okup, nawet królewski, nie odda. Czemu? — zapytałem zdziwiony. Przez chwilę zamyśliła się, potem rzekła, cedząc każde słowo: „Mam ważne powody, dla których nigdy nie pozbędę się tej niewolnicy”.
Chcąc ją skusić, wyjąłem sznury pereł, ale ona znów się roześmiała i powiada: „Co mi po tym? Pereł mi nie brakuje”.
Dopiero gdy wyjąłem kanak, oczy jej zabłysły, a ręce zaczęły drżeć. Chwyciła go pożądliwie i nie mogła oderwać wzroku. „Zostawcie mi naszyjnik” — rzekła po jakimś czasie, odzyskawszy spokój. „Namyślę się. Mąż mój wyjechał, za kilka dni powróci, muszę się go poradzić...” Chciałem zabrać klejnoty, ale spojrzała na mnie krzywo: „Nie boisz się chyba, że ci tu zginą? Jeśli nie chcesz zostawić, to idź sobie precz i nie wracaj. Nie chcę słyszeć o żadnym okupie”. Poczuła się strasznie urażona. Nie śmiałem nalegać. W progu skłoniłem się nisko i spróbowałem udobruchać Argunę: zacna matko, czy pozwolisz mi widzieć swego syneczka, dla którego z dalekich krajów przywiozłem upominek? Ten magiczny wyraz otwiera u Tatarów wszystkie jurty. Zaraz wpuszczono mnie do namiotu panicza. O signora! Teraz się nie dziwię, dlaczego tak się poświęcacie dla swej rodaczki. To anioł, nie kobieta!
Ofiarowałem chłopcu srebrne, koralikami nabijane brzękadełko. Kiedy dziecko i niewiasty oglądały zabawkę, zbliżyłem się do Elżbiety i przekazałem jej najważniejsze informacje. Na wieść o tym, że signora tu jest, zbladła. Najgorsze jest to, że ona nie wierzy, abyśmy ją mogli wykupić. Przy świadkach nie można było swobodnie rozmawiać. Nalegałem, aby powiedziała, gdzie możemy ją spotkać. Po chwili namysłu rzekła: „Do namiotu nie przychodźcie, bo Arguna nie lubi, jak obcy się tu kręcą. Prawie co dzień przechadzam się z dzieckiem nad limanem. Tam przecie każdemu wolno chodzić...”