W przestraszonym głosie Maćka tętniło tyle przywiązania, że pan Kazimierz tylko się roześmiał.
— Głupiś, Maciek! Czy to ja nie stary chłopiec okrętowy? A czy to sam Pan Bóg nie mówi w Piśmie świętym: „I na smoku jeździć będziesz”1158. Owóż i ja pojadę. A że chmura załazi, to właśnie dobrze; jeśli jakie ślepia mię wypatrują, to nic nie podpatrzą. No, puszczaj, bo cię zepchnę z dachu precz.
Maciek puścił i ani się spostrzegł, a już jego pan siedział na złotym smoku, potem podwinął się pod niego, chwycił linę i zawisł w powietrzu. Lina niezbyt gruba, ale bardzo mocna, skręciła się i wyciągnęła pod jego ciężarem, przez co węzeł na szyi smoczej zacisnął się jeszcze silniej.
Po chwili pan Kazimierz już był przy okrągłym okienku, gdzie szepnął:
— Jadwiśko! Jesteś tam?
— Jestem! Ach, jestem! Tak czekam!... Czy tamten poszedł?
— Poszedł! Nie bój się. Wszystko dobrze. A teraz wylatuj, moja ptaszyno, jeśli tylko potrafisz się wydostać.
— Potrafię, potrafię... Do ciebie to choćby i przez piekło!
Właśnie chmura zeszła z księżyca, który ogromnym blaskiem uderzył na ścianę. Pan Kazimierz, kołysząc się z liną, to był dalej, to bliżej kamiennego pierścienia. W jednym z owych przybliżeń dwie białe, obnażone rączki wytrysły z okienka, objęły go za szyję, potem wyjrzała główka ujęta w małą krezę, potem pierś toczona.
Kazimierz odjął od liny jedną rękę i wpół ujął wychyloną postać.