— Bóg zapłać! Z drogi, chamy!

I ruszył, oglądając się za Maćkiem.

Ten właśnie wyjeżdżał z gaju, wstrzymał nagle szkapę i rozdziawiwszy usta, dziwował się:

— Olaboga! Co tu naroda!

Na skinienie pańskie co tchu skoczył, rzesza się rozstąpiła i obaj wjechali w ulicę lipową. Droga była wysypana pachnącym tatarakiem; po brzegach stały beczki ze smołą jeszcze niezapaloną, ale wróżącą, że noc weselna i poza dworem wesoło ma być obchodzona.

Przed bramą pan Kazimierz aż przystanął dla przyjrzenia się jej strojności; słupy z obu stron były przybrane chorągwiami pewnie zdobycznymi, bo niektóre z nich wisiały w same strzępy, a na innych roiły się półksiężyce i różne pogańskie znaki. Trofea te poprzepinano tarczami herbownymi1441, gdzie na czerwonym polu wił się biały Nałęcz1442. U wierzchu bramy powiewały dwa buńczuki1443, pewnie także wzięte przez antenatów1444, może przez nieboszczyka starostę.

Niemniej uroczyście wyglądał dziedziniec; w środku na obszernym trawniku ciągnęły się stoły, ułożone z tarcic1445 na kozłach, zatrzęsione różnym grubym jadłem, dokoła stały kufy1446 z piwem; widocznie uczta dla chłopstwa. Pod oknami dworu, spomiędzy kwiecistych grzęd i krzaków, łyskały cztery wiwatowe moździerze1447. Ganek równie jak prowadzące do niego schody były wyłożone sutym czerwonym suknem, a w głębi, przez drzwi rozwarte, oczy mogły dojrzeć sień ogromną, wybitą przepysznymi tureckim namiotem o pasach oliwkowych i amarantowych1448, po których kręciły się czarne i złote arabeski1449.

Od tego tła barwnego wdzięcznie, choć smutnie odbijała głowa pani starościny siedzącej w głębokim krześle na ganku; nogi jej, pomimo lata, były szczelnie otulone białym niedźwiedzim futrem; powyżej pasa rysował się jej kabat1450 z fioletowego rzymskiego szarszedronu1451 i spadający na piersi kołnierz ze srebrnych koronek; takiż sam czepiec pokrywał włosy, także już posrebrzone, bo chociaż starościna niedawno dopiero czterdziestkę przebyła, przecież ślady głębokich cierpień i ciężka choroba starły już z jej oblicza wszelką krasę; ale czego nie mogły zetrzeć, to wyrazu wielkiej dobroci, wielkiej prostoty i wielkiej powagi, co wszystko razem wzięte czyniło z niej najżałośniejszą i najmilszą matronę.

Za krzesłem starościny stał marszałek nadworny z białą laską w ręku; dalej pod ścianą kilku innych domowników, a tuż obok poręczy krzesła rękodajny w świetnym kubraku koloru łososiowego, z kordem wiszącym przy mendelkowym1452 pasie; w rękach trzymał niedużą tacę złotą; brzegi jej były obłożone równianką1453 ze świeżych róż; w środku leżał bochen żytniego chleba; przy chlebie stała srebrna solnica w kształcie orlęcia o rozpiętych skrzydłach, z koroną na płaskiej głowie; w tę to koronę była nasypana sól biała i czysta, jakby garstka śniegu.

Pan Kazimierz, wpatrując się z bramy w nieruchomy ów obraz, pomyślał sobie niewesoło: