— Herr Jesu!272 Paka roztworzona! Już tu znowu któryś chłopak mi plądrował.
I klnąc półgłosem (ale na ten raz już w czystej niemiecczyźnie), zaczął najprzód zamykać wieko, potem szukać zarzuconej273 kłódki.
Tymczasem pan Kazimierz zajrzał do drugiej przegrody, gdzie świeciło niewielkie, okrągłe okienko, i tam, o radości! dostrzegł na koniec swoją „aparycję”.
Stała ona w najciemniejszym kąciku; szczuplutka, niebieska i cała wystraszona, jakby chochlik domowy, którego czarnoksiężnik uwięził w zaklętym kółku.
Pan Kazimierz grzecznie się zbliżył, zdjął czapkę i z pięknym ukłonem rzekł:
— Po raz wtóry składam wacpannie274 moją rewerencję275.
Zarumieniła się i dygnęła.
On zaś ciągnął dalej:
— A czemuś to wacpanna nie chciała mi się kłaniać, kiedym był na dole?
Panienka, której szybko wracała przytomność, wyskoczyła z ciemnego narożnika i odparła, figlarnie przechylając główkę: