Pan Kazimierz krzywo się spojrzał i przez zęby wycedził:

— Hm! Piękny to chrześcijański uczynek, jeno go sobie waść sowicie własnymi rękoma płacisz.

— Co chcesz, mości oficyjerze? Odbierać swoje długi nie żaden kryminał. Wychowała się ta dziewka moim sumptem292 i fatygą, niechże mi za to wszystko jako żona odsłuży. No i co jej za krzywda? Będzie panią, jakich niewiele w Gdańsku.

— Prawda i to... in articulo293 fortuny jest racja, ale zresztą... Ha, może jej właśnie te luksusy do gustu? Pewnie to jaka mizerna sierotka?

Tu kupiec odparł dość wyniośle:

— Nie wiem ja, czy mizerna, i nie wiem, czy sierota. Może jaka wojewodzianka? Może jest u was jakowyś wielki pan, co by oddał całe swoje senatorstwo za odzyskanie tej dziewki? Jeno nie wie, że ona u mnie, a ja nie wiem, gdzie jego szukać.

— Co waść gadasz? Jak Boga kocham, nic a nic nie rozumiem.

— A bo to cała historia... To jest dziewczynina odbita z jasyru294. Naszli295 my ją na rynku lwowskim.

— Jezus Maria! Józefie święty! I kiedyż to było? Temu lat piętnaście? Po wiktorii296 pana Koniecpolskiego297 pod Martynowem298?

— A tak! Właśnie wonczas. Ale jakżeś to waszmość utrafił tak richtig w datę?