Przodem idzie pan konsul ubrany bardzo suto, w sajan833 z czamletu834 barwy cygrynowej, czyli koloru wody morskiej (seegrün), z popieliczymi835 wyłóżkami, na przodzie roztwarty; spod sajanu sterczy jego pierś wypukła i wydyma się obercuch836 czarny, sztucznie rzezany, śrebrzystą837 taśmą sznurowany; u kolan i u trzewików chrzęszczą róże z kilkobarwnych838 wstążek, przeszpilone839 srebrnymi sprzączkami; na kapeluszu chwieją się czarne i seledynowe pióra; głowę pod nimi pan rajca nosi wysoko, jednak z tym wszystkim wygląda dziś niedobrze; jakieś ma pod oczami sine plamy, na policzkach ciemne wypieki, krok chwiejny i nierówny. Ale widocznie się przemaga, nadrabia uśmiechem pełnym dumy; a ma z czego być dumny, bo i sam dziś wystąpił uroczyście, i pod rękę prowadzi panią Florę, która wkoło siebie roztacza upajającą czarowność.
Od miesiąca już ona zrzuciła przecie uprzykrzone kiry840 i dziś na koniec mogła przystroić się pięknie. Ach, nie tak pięknie wszakże, jak by chciała! Prawa przeciwzbytkowe ciężą na niej bez miłosierdzia. Mimo wspaniałości swoich wdzięków prosta wdowa po majstrze-pasamoniku nie może nosić ani kosztownych tkanin, ani prawdziwych klejnotów. Ten zakaz jest największą zgryzotą jej życia; ile to już godzin ona się nad nim napłakała! On też jest głównym powodem gwałtowności, z jaką pani Flora pragnie wyjść za którego z członków Magistratu. Ich żony szczęśliwe! Mogą nosić i czysty jedwab, i czyste złoto, i drogie kamienie.
Tymczasem biedna wdówka nagradza sobie te braki wykwintnym smakiem w ubraniu, co sprawia, że w oczach męskich nieraz przyćmiewa mniej piękne, choć wyzłocone „panie radne”.
Dziś właśnie potrafiła sztuką zdobyć takie zwycięstwo. Suknię przywdziała z półbławacia841, zwanego bomzynem842, przepysznej barwy malinowej. Stanik u przodu ma głębokie wycięcie, skąd jej bogate łono wychyla się jakby motyl, co białe skrzydełka rozłożył na dnie kwiatowego kielicha. Porównanie do kwiatu wypada tym stosowniej, że wkoło całego wycięcia rozwachlarza się kołnierz stojący, przezroczysty, oparty na drucianym płotku i tak wywinięty, jakby połowa jakiejś ogromnej lilii. Od tego tła obłoczkowego tym silniej odbijają karminowe usta i przestrzeliste oczy pani Flory. Na głowie, u samego jej wierzchu, ma tak zwaną forgę, czyli kilka piór białych, postawionych zupełnie prosto, które z warkoczowego koszyczka wytryskają w górę, jakby pieniąca się fontanna. Taki przystrój843, podobny do pióropuszów końskich, dzisiejszym oczom wydałby się dziwnym, a nawet może śmiesznym, ale wówczas był bardzo wzięty; a niewiasty lubiły go i za to, że łudząc oko, dodawał im wzrostu, czemu i pani Flora była rada, bo jej postać kształtna, lecz nieco przysadzista, wiele na tej złudzie zyskiwała.
Jeśli strój pięknej wdowy zwracał oczy swoją krasą844 i wybujałą pełnią kształtów, za to ubiór Hedwigi odznaczał się wstrzemięźliwością barw i kroju. Szła ona drobnym kroczkiem po drugiej stronie pana Schultza z oczami utkwionymi w ziemię; dzięki jednak znanej panieńskiej sztuce, mimo spuszczonych powiek, widziała wszystko i wszystkich, a już co najpierw dostrzegła, to żółty szustokor pod filarem. Na ten widok zaćmiło jej się w oczach, ale i tu panieńskie czary przyszły jej nieomylnie w pomoc i, choć tylko już wpółprzytomna, szła dalej, niby przez sen płynąc i budząc wkoło miłe szmery.
Suknia jej nie była dziś niebieska w białe floresy, ale biała w niebieskie ciągnione845 kwiateczki. Uszyta ze wschodniego, półprzezroczystego persu846, sięgała po samą szyję, bo pan majster czy zazdrosny o widok jej wdzięków, czy przejęty purytańską surowością, pomimo nalegań pani Flory nie pozwolił w żaden sposób, aby miała stanik wycięty. Więc wkoło jej szyi marszczyła się jak zawsze stokrotkowa kreza, tylko zrobiona z koronki nierównie piękniejszej niż codzienna. W złotych włosach miała, jak zawsze, bramkę z błękitnej wstążki, ale dziś był na niej naszyty diadem z bursztynowych kwiatów, prześlicznych i mgławoprzejrzystych, trzęsących się za każdym jej ruchem jak światełka. U drobnych uszu wisiały takież same kolczyki, obrobione w kształcie serduszek. W pasie też owinęła się bursztynowym sznurem, którego ziarna grube, równe, białawe spadały na przód sukni, jakby dwa różańce zakończone chrzęstliwymi wisiorami. Nawet jej rękawiczki białe, niebieskim jedwabiem haftowane, zapinały się na bursztynowe guziczki.
Ktoś z obecnych, spostrzegłszy u niej ową mnogość morskiego klejnotu, nazwał ją „bursztynową panienką”. Nazwa ta wnet obiegła całą salę, a niejeden, sądząc z oblicza, mówił, że i serce u niej musi być „czyste jak bursztyn”.
Za majstrem i jego dwiema towarzyszkami samotnie stąpał Kornelius w ubiorze holenderskim o dwóch niewesołych kolorach, ciemnostalowym i ciemnoceglastym, co go czyniło podobnym do pęku zardzewiałych kluczy i dobrze licowało z jego posępną twarzą przypominającą twarze więziennych dozorców.
Przybycie nowej gromadki sprawiło niejakie wrażenie w Artusowej sali. Hedwiga ukazywała się tam po raz pierwszy, a i panią Florę (która najpierw dla choroby847 mężowskiej, a potem dla żałoby przebyła parę lat w zamknięciu) witano jakby zmartwychwstałą. Obie panie zostały skwapliwie otoczone. Pan Kazimierz najskwapliwiej nadbiegał i już chciał witać się z Hedwigą, gdy pani Flora, odciągnąwszy go na ubocze, zaczęła mu z żywością rozpowiadać:
— Ach, wasza miłość, ani sobie figurujesz848, co ja przeszłam srogich emocji! Żeby nie ja, waszmość byś tu nie widział swojej panny.