— Widziałem, słowo honoru.
Kiedy mężczyzna jakiekolwiek twierdzenie pieczętuje słowem honoru, uniemożebnia dalszy ciąg rozprawy; od tej chwili najmniejsza wątpliwość staje się ubliżeniem.
Toteż już nie do niego, ale do niej zwróciłam się, odpowiadając niejako na ciągłe, nieme pytanie jej oczu:
— Tak, pani, żyjemy w wieku, gdy dzieje się tyle rzeczy cudownych, że człowiek o niczym już nie śmie wątpić. Co by ludzie przed wiekami byli powiedzieli, gdyby im jaki prorok wróżył cuda dzisiaj spowszedniałe, armaty, koleje żelazne, statki parowe, telegrafy!...
— A byli tacy prorocy! — zawołał pan Cezary. — Taki na przykład Roger Bacon16 z trzynastego wieku, trzeba uważać, że nie mówię o drugim Baconie, z Werulamu17, co żył w wieku szesnastym, ale o pierwszym, Rogerze, mnichu franciszkańskim, który urodził się, coś tak... jeśli dobrze pamiętam... w tysiąc dwieście czternastym... Pozwólcie, panie, abym wam przeczytał króciuchny urywek z jego genialnych, proroczych utworów; to będzie najlepsze potwierdzenie słów pani.
Tu zdjął z okna księgę i rozłożył ją na kolanach, opierając o poręcze fotelu, bo ogromna była i ciężka.
Spojrzałam na kartki.
— Co to jest? — rzekłam — rękopism? A jaki nabity! Ja sądziłam, że pan masz drukowaną edycję Bacona?
— Nie, pani, to nie sam Bacon. To wszystko przeze mnie tłumaczone i moją ręką wypisywane z tysiącznych autorów, a jest też tu niemało i moich własnych wspomnień. To moje Silva rerum. Od lat wielu miałem zwyczaj robić wyciągi ze wszystkich dzieł, gdzie znalazłem jakikolwiek szczegół stosujący się do mego pomysłu. Tu spisałem także przygody mego życia, opowiedziałem wszystkie sceny widziane w zwierciadłach, wszystkie legendy i tradycje ściągające18 się do nich. I szczerze sobie teraz winszuję tej pracy, bo kiedy party przez biedę musiałem kolejno powyzbywać się wszystkich książek, dziś ta księga stanowi całą moją bibliotekę, i nie bardzo tamtych żałuję, tu jest wyskok wszystkiego. Zacząłem tę robotę po amatorsku, trochę dla zabawki, trochę z lenistwa, bo mi się nie chciało zaglądać co chwila do dziesięciu różnych pisarzy; dziś ona jest skarbem. Żadna praca nigdy nie stracona, ani człowiek się spodziewa, kiedy i gdzie ją odnajdzie.
— Ciekawa książka, nie ma co mówić — przerwała pani Marta. — Proszę pana, przychodzi mi na myśl, czyby jaki księgarz jej nie kupił? Przecież to jednak ma wartość.