— Nie pomyślałem jeszcze o podobnym przystosowaniu. Z czasem nie omieszkam korzystać z łaskawych rad pani.
Skończyłam wypisy. Nie było już sposobu na dłuższe zatrzymanie księgi. Oddałam ją, mówiąc:
— Dziękuję, ale jeszcze jedno pytanie: chciałabym też wiedzieć, co pana mogło naprowadzić na podobne poszukiwania? Wspominałeś pan, że przypadek podał pierwsze wskazówki?
— Moja pani, zwykliśmy nazywać przypadkiem wszelki szereg zdarzeń, których łączności dobrze nie pochwytujemy. I mnie dziwne moje życie przez długi czas wydawało się pędzone ślepą siłą; dziś jednakże, kiedy zaczynam nań spoglądać z wysokości mogiły, która już przede mną narasta, gotów jestem uznać w nim bieg Opatrznościowy...
— Otóż takie słowo lepiej mi się podoba — wtrąciła pani Marta.
— Czekajcie, panie... powiadam: gotów jestem uznać, jeżeli ujrzę spełnienie mojej myśli. O! wtedy i zwichnięcie mego osobistego szczęścia, i długie lata przemęczone w niedoli, wszystko wyda mi się niczym wobec przekonania, że byłem narzędziem wyższej ręki, ale jeżeli przyjdzie umrzeć przed spełnieniem życzeń, tyle burz przetrzymać, a w porcie zatonąć, o! wtedy... zaprawdę nie wiem, jak potrafię sobie wytłumaczyć zagadkę mego życia? Po co ta nieszczęśliwa nauka przyszła kusić mię jak istny szatan, obsypała mię z początku bogactwem i pomyślnością? Bo że mię obsypała, tego nie zaprzeczam, ale to były tylko sidła, aby mię wciągnąć w pogoń za niedoścignionym, za którym biegnąc, rzuciłem po drodze wszystko, co jest rzeczywiste i drogie, uczucia, dostatki, spokój. Jam tej nauki nie szukał. W młodości ani mi się śniło o żadnych odkryciach, urodziłem się z odmiennymi zupełnie skłonnościami, chciałem żyć jak inni ludzie, kochając, bawiąc się, gospodarując, a jeżeli jaki rodzaj wiedzy mię nęcił, to raczej rodzaj czysto myślowy, teorie filozoficzne, gdzie dusza buja swobodnie po wolnych światach przypuszczeń i wszystkie sprzeczności związuje sobie złotym węzłem syntezy. Do analizy owszem, do nauk przyrodniczych zwłaszcza, które ślepo się trzymają ciasnych dróg doświadczenia, czułem wstręt i nieledwie wzgardę; z uśmiechem pysznej litości słuchałem o badaczach, co lata całe trawią na studiowaniu jednej gwiazdy albo jednego wymoczka, i pytałem z nie udanym podziwieniem, jak ludzie poważni mogą roznamiętniać się do takiej mrówczej pracy, kiedy stoją przed nimi kwestie globowe22 i wszechświatowe, od których bezpośrednio zależy los ich społeczeństwa i tajemnicza przyszłość ich własnego ducha? A! wtedy nie rozumiałem, że każdy atom jest światem, i że tylko praktycznym studiowaniem form dochodzi się do poznania ducha, który sam przez siebie jest nigdzie niepochwytny. Nie próżno Hermes23 powiedział: „Co jest w dole, to jest w górze, a co jest w górze, to jest w dole.” Słowo to wygląda na paradoks, jednakże doskonale określa myśl, że w oczach bezstronnych nic nie jest niższym ani wyższym; czy cedr czy hyzop24, czy muszelka czy słońce, czy chłop czy Cezar, każda rzecz na swoim miejscu i w swoim czasie potrzebna. W zegarze świata nie ma kółka zbytniego25, wszystkie konieczne, czy małe, czy wielkie, często nawet małe bywa najużyteczniejsze. „Co jest w górze, to jest w dole...”, a wszystko równie ważne w oczach Boskich i tych, co sądzą po bożemu. Toteż niczym nie wolno pogardzać... Karząca logika przeznaczenia sprawia, że człowiek zwykle w to wpada, czego się najmocniej odrzekał. Ja także... Jeszcze w kolebce straciłem rodziców; nawet ich nie pamiętam; pozostałem sierotą bez opieki i najmniejszego majątku, wszystko się rozprysło w odwiecznym procesie, który nasze dawne znaczenie z wolna pochylił do upadku. Byłem ostatnim z mego rodu; po ojcu nie pozostał nikt, co by mógł wziąć mię w opiekę; ale z linii macierzystej znalazł się daleki krewny, który zajął się mną jak synem.
Tu pani Marta poprawiła się na ławce i zaczęła uważniej słuchać, bo dotąd siedziała jak na niemieckim kazaniu. Ja, przyznam się, gdyby nie jej niecierpliwość, która mię korciła, byłabym do nocy słuchała filozofii chorego, dziwnej nieraz, ale będącej prostym wynikiem jego położenia; od lat całych zamknięty sam na sam z tajemną ideą, nędzą oddzielony od świata żyjących, zapomniał, jak się trzeba w tym świecie obracać, rozmawiał z nami jakby ze swymi myślami, nie zważając, że nie wszyscy czytali Hermesa et Compagnie26.
Ale teraz, natrafiwszy na potoczne przedmioty, wrócił i do stylu zrozumialszego:
— Ów krewny, kawaler bardzo bogaty, bardzo rozumny i poczciwy, miał kilku synowców27 swego nazwiska, daleko bliższych mu ode mnie, ale sercem nierównie dalszych, o! najzupełniej oddalonych. Przez fatalny wpływ okoliczności czy ludzkiej złości, od swojej rodziny doznał samych zawodów i fałszu; owi synowcowie zwłaszcza, którzy nie myśleli o niczym, tylko jak by starego obedrzeć i na dożywocie skazać, stali się plagą jego dni samotnych. Po wielu szlachetnych, a zawsze bezskutecznych usiłowaniach odsunął ich zupełnie od siebie i mną się wyłącznie zajął, nie wiem czy dla dania nauczki niedobrym krewniakom, czy z rozczulenia nad moim sieroctwem. Uczucie to z latami rozwinęło się w prawdziwe ojcostwo. Ja od dzieciństwa pokochałem go z całej duszy, z początku ślepo, nie pojmując nawet, ile mu winienem, potem coraz świadomiej, więc i coraz mocniej. Czułem, że nigdy nie potrafię mu się odpłacić za samo dobrodziejstwo starannego wychowania; przy tym opiekun nieraz mówił, że uczyni mię swoim ogólnym spadkobiercą, a choć nie lubiłem dotykać przedmiotu połączonego z żałobnymi myślami, jednak ten spokój o przyszłość rzucał na moje młode lata wielką pogodę i odwagę. Można sobie wyobrazić, jakie prześladowania zacny starzec cierpiał za opiekę nade mną; cała jego familia nosiła się z żalami, przedstawiała mnie jako intryganta, nie pomnąc, że od lat wielu, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie, już niepolitycznym dokuczaniem zraziła sobie wujaszka-milionera. Moi kuzynkowie byliby mię w łyżce wody utopili; ja, silny moją niewinnością i łaską opiekuna, żartowałem sobie z ich bezowocnych spisków. Po skończeniu szkół mój nieoceniony dobroczyńca wysłał mię za granicę; zbadawszy kierunek mojego umysłu, wskazał mi do przebycia najpierw kurs filozofii, następnie naukę agronomii; posiadał wielkie dobra na granicach Pomorza i pragnął, abym kiedyś umiał nimi zarządzać.
— Więc — zapytałam — to wszystko nie w Warszawie się działo?