Z kilku stron ofiarowano mi posady; były nadzwyczaj niskie, nie przystające do mego wychowania ani moich zwyczajów, przecież jedną przyjąłem, byle wziąć się do pracy, byle uciec z tych miejsc, gdzie moi nieprzyjaciele naigrawali się zwycięsko.

Miałem za dwa dni wsiąść na brykę i jechać, tymczasem odważyłem się raz jeszcze odwiedzić mieszkanie dobroczyńcy, te pokoje, gdzie wzrosłem, gdzie przed wyjazdem za granicę odebrałem jego błogosławieństwo, ach! któż mógł przewidzieć, że ostatnie? Szedłem nie bez powodu: synowcowie rozdzieliwszy pomiędzy siebie dobra, gotówkę i kosztowniejsze przedmioty, resztę mebli puszczali na licytację; ta reszta były to właśnie dla mnie najdroższe pamiątki, sprzęty z sypialnego pokoju; dla synowców żadnej nie miały wartości jako niemodne i zniszczone, bo starzec w innych pokojach utrzymując przepych, w swoim gabinecie nic nie lubił zmieniać. Nie miałem już pieniędzy na ocalenie chociażby jednej z tych pamiątek, ale pragnąłem przynajmniej się dowiedzieć, kto je ponabywa, aby za pierwszy zarobiony fundusz je wykupić.

Pewien, że spadkobiercy, tylko co wyrośli na wielkich panów, nie raczą być obecnymi przy licytacji, szedłem śmiało. Pokoje zastałem puściuteńkie. Biedne mebelki wyniesiono już na dziedziniec, który był pełen handlujących. W kącie o mur się oparłszy, wszystko żegnałem smutnymi oczami, zieloną sofę, gdzie niegdyś włóczyłem się na czworakach, łóżko o lwich nogach, przy którym tyle razy mówiłem wesołe dzień dobry, biurko z pozieleniałymi brązami, zwierciadło wiszące nad kominkiem, do którego w dziecinnych latach nie mogłem dosięgnąć, na wielkie moje utrapienie, tak że nieraz opiekun brał mię na ręce i podnosił, a ja ciesząc się do mego wizerunku, wyrabiałem różne figle i minki, które nadzwyczaj bawiły kochanego staruszka.

Właśnie to zwierciadło targował jakiś jegomość barczysty, o czarnych oczach i czarnych włosach, oliwkowy, zarosły, z typem wyraźnie południowym. Mówił też łamaną polszczyzną. Pomyślałem sobie: Pewnie wędrowny antykwariusz, i smutno mi się zrobiło na myśl, że nim potrafię co zarobić, już on może te sprzęty gdzie daleko wywiezie. Pod naciskiem tylu wspomnień i żalu łza mimowolnie z oczu mi się puściła.

Cudzoziemiec spojrzał na mnie z uwagą, może odgadł, kim jestem, bo dziwna moja historia już z ust do ust krążyła. Przystąpił i grzecznie zdejmując kapelusz spytał: „Czy to pan jesteś ten sukcesor pokrzywdzony, ten wychowanek nieboszczyka?”

Skinieniem głowy dałem znak potwierdzający.

On ciągnął dalej: „Przepraszam za pytania może niedyskretne, ale o tej całej sprawie ludzie opowiadają takie rzeczy niepojęte, że trudno uwierzyć... Czy to prawda, że pan posiadasz list własnoręczny, gdzie nieboszczyk mówi o testamencie?”

Nowy znak potwierdzenia z mojej strony.

A on znowu: „Wiesz pan, że ja, na miejscu pańskim, podobny list mając w ręku, nie ustąpiłbym tak łatwo praw moich?”

„A cóż mam robić?” zapytałem z goryczą. Zaczepka wydawała mi się istotnie troszkę niedyskretną, jednak byłem taki samotny, taki opuszczony, że to gorące zajęcie się moją sprawą ze strony człowieka zupełnie mi obcego wzruszyło mię i przejęło rodzajem wdzięczności. Na usilne jego nalegania wyjąłem ów list i pokazałem.