Rzuciliśmy się do biurka, drżącą ręką wyciągnąłem ową szufladkę, którą dawniej sto razy na próżno wyciągałem, naciskam lwią główkę, wystawcie sobie... rzeczywiście, fałszywe dno odskakuje, a na drugim, prawdziwym dnie spostrzegamy świeżuchną, nietkniętą kopertę z podpisem: Do rąk Cezarego po mojej śmierci.
Gdyby nie zwierciadlane objawienie, byłby ten papier leżał tam do skończenia świata, bo skrytka była wykonana z misternością, jaką się spotyka tylko w meblach z osiemnastego wieku, z owych czasów Regencji, Masonów i Cagliostrów, kiedy ludzie mieli tyle sekretów do przechowywania. Była szeroka na całą szerokość szufladki, ale bardzo płaska i wybornie dopasowana. Nikt o niej nie wiedział oprócz nieboszczyka. Miał on na pewno zamiar mnie jednemu ją odkryć, bo nic innego nie mogły znaczyć te dziwne wyrazy listu, które wówczas dopiero stały się dla mnie jasnymi: Testament schowałem do biurka, pokażę ci, jak wrócisz. Śmierć niespodziana wszystko pomieszała.
Ujrzawszy błogosławiony papier, rzuciłem się Halluciniemu na szyję, ściskałem go, nazywając moim wybawicielem, wyznając, że do śmierci nie potrafię mu się odsłużyć.
Nie odpowiedział mi uściskiem tak szczerym, na jaki zasługiwało moje głębokie rozczulenie, odepchnął mię nawet lekko i z sardonicznym uśmiechem wyrzekł: „Dobrze... zobaczymy, jak długo potrwa ta wdzięczność.”
Do żywego tknięty, zawołałem: „Tak, zobaczymy! Przyjmuję wyzwanie.”
W takiej chwili trudno było się na niego obrażać, ale uczułem ze smutkiem, że to jakieś serce, do którego się nie dopukam, wyższe od serc zwykłych, a może niższe?
Prędko jednak rozproszył moje zasmucenie nowym dowodem życzliwości; ten człowiek myślał o wszystkim.
„Czy wiesz, spytał, co teraz mamy najpilniejszego do zrobienia? Oto na słowo sprzedaję ci to biurko razem z tym papierem; przy pierwszych pieniądzach zapłacisz mi za nie, ile zechcesz. Teraz każ je do siebie zanieść, opowiedz wszystkim, że je na licytacji zakupiłeś, że przypadkiem znalazłeś skrytkę, i tak wszystko najprościej, najprozaiczniej w świecie przed ludźmi się wytłumaczy.”
Usłuchałem go ślepo. Za powrotem do siebie przed bramą spostrzegłem konie pocztowe i dopiero wtedy mi się przypomniało, że tego dnia miałem wyjeżdżać na wieś; odesłałem konie z uśmiechem; niedoszły rządca już ich nie potrzebował. Gospodarz hotelu przyjął mię z okrzykami radości: od półtrzecia dnia jak zniknąłem, zachodził w głowę i chciał już policję poruszać w przekonaniu, żem się utopił lub zastrzelił.
Testament zaniosłem do władz sądowych, gdzie go odpieczętowano i wobec familii odczytano. Przyszła na mnie kolej tryumfu, i to podwójnie słodkiego, bo nie tylko dla korzyści materialnych, ale dla stokroć droższej rehabilitacji moralnej. Treść rozporządzeń i wyrazy błogosławieństwa zawarte w pośmiertnym piśmie świadczyły o przywiązaniu, jakie opiekun do końca mi zachował, zaprzeczały nazwom „żmii, niewdzięcznika, intryganta”, którymi świat próbował mię napiętnować.