A najprzód42 wróciłem się jeszcze do owej pierwszej, nieoszacowanej szyby, przez którą mogłem patrzeć na przeszłość dobroczyńcy i na moją własną; to jedno studium zajęło mi długie miesiące. Widziałem samego siebie przed wyjazdem za granicę, w mundurku studenckim, potem coraz mniejszym dzieckiem, doszedłem do owych czasów, kiedy opiekun podnosił mię ku zwierciadłu, widziałem własne minki i figle, i jego ojcowską radość, a wtedy porywało mię szlochanie... O, ileż to obrazów dawno zatartych w pamięci wystąpiło na mój niezmierny podziw! Ile łez i uciech, których już zrozumieć nie mogłem! Całe życie przeżywałem po raz drugi, ale z innymi uczuciami, jakbym już z innego świata na nie patrzył. Cóż to dopiero będzie, kiedy spoza grobu spojrzymy na ziemską przeszłość! Na koniec pojawił się dzień, w którym pierwszy raz przyniesiono mię tu niemowlęciem; widziałem opiekuna płaczącego nade mną, a siebie wyciągającego rączki do szmaragdowej szpilki, jaką miał w halsztuku43; tę szpilkę zawsze lubiłem niesłychanie i nie mogłem sobie dawniej wytłumaczyć mojego do niej pociągu; teraz go pojąłem: był to pierwszy przedmiot, co mi się w tym domu podobał. Tu się skończyła moja przeszłość, ale przeszłość opiekuna szła dalej; widziałem go młodzieńcem, prześlicznym, rozmarzonym, w kapeluszu à la Bolivar. Podpatrzyłem rozdzierającą przygodę jego serca, w skutku której do śmierci został kawalerem. Potem i on przedstawił mi się dzieckiem, poznałem jego rodziców, byłem na ich weselu, gdzie w strojach à l’Empire tańcowano Girlandy i Montferriny. Potem zwierciadło odbiło mieszkanie rodziców panny młodej, była to sala jakiegoś dworu, zapewne wiejskiego, bo w oknach zielenił się bujny ogród i widniała drewniana dzwonnica kościołka. Tam widziałem staropolskie uczty, czasem nawet pokazywały się kontusze. Po niejakiej przerwie zobaczyłem wnętrze staroświeckiego sklepu, nieco później ogromne sale fabryki zwierciadeł i nagle wszystko zgasło; zwierciadło, wyczerpawszy się aż do chwili swojego odlewu, już nie miało co pokazywać.

Z początku wielki żal mię ogarnął, nie mogłem się po tym zwierciedle odtęsknić, wkrótce jednak inne mię pocieszyły. Zakupywałem ich mnóstwo, z różnych fabryk i różnych epok; nie były to już dla mnie wspomnienia osobiste ani rodzinne, ale za to co za mozaika scen zachwycających lub ohydnych, nieraz tak zagadkowych, że całe noce spać nie mogłem, póki nie schwyciłem ich znaczenia!

Najczęściej przedstawiały się mieszkania bogatych, bo te najwięcej posiadają zwierciadeł. Czasem jednak z najśliczniejszego buduaru widok nagle się przenosił do izby lichwiarza, gdzie biedny sprzęt długo na wykupno czekał. Nabywałem także lustra hotelowe, restauracyjne — te były istnymi kalejdoskopami, pełnymi typów niezmiernie ciekawych, ale mniej mię zajmowały od zwierciadeł familijnych, rzewnie opowiadających dzieje kilku pokoleń. Co tam widziałem tragedii głuchych a rozdzierających! Co kapitalnych komedyjek! Autorowie44 by mię po rękach całowali, gdybym chciał im ten róg obfitości wysypać.

Kiedyś też przyszła mi fantazja kupić małe czworograniaste zwierciadełko o drewnianych ramkach, które w chałupie służyło dziewczęciu wiejskiemu; spodziewałem się najwdzięczniejszej sielanki; prawda, spostrzegłem kilka szczerych uśmiechów, ale jeszcze więcej kułaków po chacie migotających i czerwonych oczu obcieranych fartuchem.

Najlepiej lubiłem zwierciadła wielkich rozmiarów, od stropów do posadzki; w tych mogłem widzieć całe postaci, całe nawet tłumy, i to najczęściej wesołe, bo podobne ozdoby spotykają się tylko po pałacach, i to zwykle w części przeznaczonej do wspaniałych przyjęć. Przed taką kryształową ścianą zasiadałem jakby przed teatrem, gdzie za podniesieniem zaklętej zasłony roztwierał się szereg sal błyszczących od fresków i złota, przedłużonych w tajemnicze oranżerie albo przejrzyste, z marmuru wycinane krużganki. Nie zliczę, ile w tych salach widziałem balów, maskarad, uroczystości dworskich i wszechnarodowych. Nieraz w moim pokoju słońce przyświecało, a tam krocie lamp i świeczników jarzyły się na tle nocnym, i sam nie byłem pewien, gdzie prawda. Sala z wolna zapełniała się tłumem, z którego strojów zgadywałem, w jaką chwilę dziejową wchodzę: raz były długie, medycyjskie staniki, w trójkąt nasadzane klejnotami; inną razą misternie dziergane holenderskie kołnierze i skrzydlate kapelusze z piórami; tu głowy pudrowane, twarze jakby porcelanowe, gdzie indziej mitologiczne półubrania z epoki Dyrektoriatu; raz nawet, na jednym z tych balów, poznałem, wyraźnie poznałem Robespierra, stał cały wąski i wyblakły, jakby jakiś Mefistofeles, co dostał hipokondrii45, oparty o kominek, rozmawiał z kobietą przecudnej piękności; składał ręce, usta musiały szeptać gorące błagania, ale ta gorącość przejmowała mię zimnem; rude włosy jego nieco podnosiły się jakby płomyki, z oczu myślałem, że krew mu wytryśnie. I owa piękność musiała doznawać podobnego wrażenia, ramiona jej drgały jak od mrozu, a usta zacisnęły się arystokratyczną wzgardą; on pewnie prosił o kwiatek z jej ręki, bo nagle swój bukiet cisnęła do ognia w kominku i odeszła, spoglądając przez ramię z ironią. Ach, może to była owa księżna polska, co odrzuciwszy miłość ludowego Jowisza, poszła prosto z balu do więzienia, a z więzienia pod gilotynę?

Pani Marta, cała wychylona od bacznego słuchania, powtarzała:

— Proszę... no proszę...

Pan Cezary, którego wspomnienia tak silnie ożywiły, że nawet jego żółta cera nabiegła różowością, uśmiechnął się po młodzieńczemu i ciągnął dalej:

— Oj! co ja podpatrzyłem scen godnych Romea i Julietty, co wykradzionych dowodów czułości! Gdyby ci ludzie wiedzieli, że zwierciadła umieją mówić, byliby może...

Tu przerwał, po czym kłaniając się figlarnie, dodał: