Nie dokończył wyrazami, ale wzrokiem błagalnym.
— Aj! — zawołała pani Marta, dobywając zegarek — trzy kwadranse na piątą! Już ledwo, ledwo zdążymy na obiad. No, do widzenia. Wrócę ja tu kiedy.
I nim zdołaliśmy się obejrzeć, już była za drzwiami. Poczekała na mnie dosyć długo, bo ja wynagradzając jej milczenie, musiałam za obie dziękować i obiecywać. Może nawet obietnic tych troszkę za wiele się sypnęło... Ach, to tak trudno, opuszczając nieszczęśliwego, matematycznie mu odmierzać nadzieję!
Wyszłam pod wrażeniem jeszcze nieokreślonym, ale pełnym oszałamiających marzeń.
Schodząc ze schodów, nie śmiałam oczu podnieść ani wszcząć rozmowy, z trwogi, aby pani Marta jednym słówkiem nie rozwiała tego upojenia.
W sieni znowu spotkałyśmy właścicielkę domu.
Nasze odwiedziny trwały tak długo, że przez te kilka godzin miała czas i przyrządzić obiad, i zjeść go, i przebrać się na przechadzkę; a nowy ubiór przemienił ją w inną osobę; ledwieśmy poznały zabiedzoną gosposię w tej prawdziwej warszawiance o wciętym fioletowym kostiumie i czupurnym kapelusiku.
Czekała na kogoś i uderzając o próg parasolikiem, wołała:
— Michał! A chodźże już, Michale!
Wytoczył się na koniec Michał, a raczej pan Michał, pewnie małżonek fioletowej pani. Brzegiem rękawa jeszcze dogładzał swój cylinder, bo miał cylinder, i to świeżusieńki, i pomimo buzi nieco buraczkowej wyglądał na pana właściciela i na człowieka mniej więcej edukowanego.