Uszczęśliwiona tym dowodem, który mi w samą porę na myśl przyszedł, chciałam go dalej tryumfalnie rozwijać, ale pani Marta ścisnęła mnie za rękę, mówiąc:
— Moja kochana, jeżeli chcesz bronić bazyliszka, to adieu! Wolę uciec, ażeby się na dobre z tobą nie pokłócić.
I rozeszłyśmy się niby ze śmiechem, a w rzeczy samej z odrobinką goryczy.
Wróciłam do domu wzburzona i niespokojna.
Co rzeczywiście myślę o bazyliszku, tego wam jeszcze dziś nie powiem... z obawy, aby w łaskawych waszych oczach nie zaszkodzić albo panu Cezaremu, albo samej sobie.
Ale cała reszta opowiadania warta według mnie największej uwagi i współczucia.
Ach, jaka szkoda, myślałam sobie, siadając do obiadu, jaka szkoda, że dla kilku szczegółów rażących niejeden gotów jak pani Marta zwątpić o wszystkim i pana Cezarego nazwać...
Tu nie kończyłam, ale nazwa „półgłówka” dzwoniła mi w pamięci jak czapka trefnisia i nie pozwalała myślom swobodnie się rozwijać.
Na szczęście tegoż wieczora wpadła mi w ręce poczciwa książka Washingtona Irvinga: Żywot Krzysztofa Kolumba. Przerzucając ją, trafiłam na ustęp:
„Kolumb zabawił w Kordowie przez lato i jesień 1486 roku... Bliskim wtedy był zupełnej nędzy i z trudnością zarabiał na życie rysowaniem kart geograficznych. Miał nadto do walczenia z szyderstwem, wzgardą i dumą, tymi nieprzyjaciółmi, co zawsze stawają na przekór skromnej a nie przyznanej zasłudze. Jedni śmieli się z jego planów jako z marzeń dziwacznej głowy, inni gardzili nim jako awanturnikiem; mówią nawet, że dzieci naigrawały się z niego jak z wariata; kiedy przechodził, sięgały ręką do czoła, niby okazując siedlisko mniemanej jego choroby.”