Pewnego razu, idąc odwiedzić pana Cezarego, spotykam przy furtce stróża Grzegorza, który stanowi całą służbę dworku.
— Dzień dobry, Grzegorzu. Jakże się miewa nasz chory?
— A jakże ma się miewać? Źle i źle. Już on nie wydobrzeje, póki go moi państwo będą trzymali w tej tam izbie na górze.
— Ależ mój przyjacielu, przecież to owszem wielkie dobrodziejstwo ze strony twoich państwa?
— Piękne mi dobrodziejstwo dać komu pokój, gdzie nikt nie chce mieszkać!
— Jak to nie chce mieszkać? Dlaczego?
— Niby pani nie wie!
— Doprawdy, że nie wiem. Dlaczego nikt nie chce mieszkać?
— Ano... bo tam straszy.
— Doprawdy? Pierwszy raz o tym słyszę. I cóż to tam straszy?