Wycieczka kolarza na Mazury Pruskie

Wstęp

Ażebyś się, czytelniku, nie zraził zapowiedzią, że kolarz będzie ci o Mazurach prawił, uprzedzam cię od razu, że jestem kolarzem najniższego rzędu. Starsi tego sportu dzielą ich obecnie na klasy; dla mnie może by się klasy wcale nie znalazło.

Jestem więc kolarzem pozaklasowym, tym niemniej jednak (a może dlatego) Pruskimi Mazurami się zainteresowałem i chciałem piękny ich kraj choć w części własnymi ujrzeć oczami, sprawdzić różność ich mowy i ziemi tej odwiecznie krzyżackiej, a jednak polskiej, własną dotknąć stopą.

Kraina, posiadająca około 400 tysięcy mieszkańców słowiańskiego szczepu a polskiej mowy i położenie iście urocze, okraszone niezliczoną ilością pięknie rozrzuconych jezior i wód postrzępionych w najdziwaczniejsze figury, a jednak zawsze pokrytych piękną lustrzaną taflą, godna jest zaprawdę zwiedzenia przez każdego miłującego piękno i swoją mowę człowieka, a więc w pierwszym rzędzie waszego skromnego kolarza.

Któż by przypuścił, że szmat ziemi położony na północ od naszych guberni płockiej i łomżyńskiej, a na zachód od suwalskiej, znany w geografii jako Prusy Wschodnie, czyli Książęce, stanowiący łącznik naszego płaskiego Mazowsza z Bałtykiem, jest krainą w znacznej części górzystą, usianą masami wód kryształowych i z tego nawet powodu w okolicy wielkich jezior „Szwajcarią mazurską” zwaną.

A jednak tak jest, choć nas mapa (szczególniej kolejowa) nic o tym pouczyć nie jest w stanie.

Całe to Pojezierze, jakkolwiek ścisłym geografom, lingwistom i historykom z dawna znane, dla naszego ogółu jest prawdziwą terra incognita1 i, choć tylko o dobrą setkę wiorst2 od syreniego grodu oddalone i tylko granicą oddzielone, skryte jest tak dobrze dla warszawiaka, a nawet i mieszkańca Królestwa, jak gdyby odwieczny mur chiński nas od niego oddzielał.

To zapomnienie krainy sąsiedniej, tak pięknej i bratniej, silnie mnie pociągało i myśląc na wiosnę, dokąd by na czas odpoczynku swe kroki (raczej koło) w lecie skierować, nie mogłem się oprzeć chęci zwiedzenia tak bliskiej północy.

Pewnego więc pięknego czerwcowego poranka, dobrawszy sobie za towarzysza młodego pana S. B., po załatwieniu formalności granicznych w Mławie, znaleźliśmy się na ziemi ongi3 krzyżackiej, a dzisiaj prowincją Wschodnio-Pruską4 zwanej.