Odtąd student Anzelmus chodził pod bzowe drzewo co wieczora, kiedy słońce sypało płomienistym złotem już tylko na wierzchołki drzew, i z głębi piersi, najżałośliwszymi tony34 wołał w gęstwę gałęzi i liści, przywoływał swoją słodką ukochaną, złotozielonego wężyka.
Kiedy pewnego razu uczynił to w zwykły sposób, nagle zjawił się jakiś wysoki, chudy pan, owinięty szerokim, jasnoszarym płaszczem, i zawołał błyskając ku niemu wielkimi, ognistymi oczyma:
— Hej, hej! A co tam tak jęczy i zawodzi? Hej, hej, przecież to pan Anzelmus, który chce przepisywać moje rękopisy.
Studenta Anzelmusa niemało przeraził ten potężny głos: bo to był ten sam, który wołał wówczas, w dzień Wniebowstąpienia: „Hej, hej! A cóż to tam za hałasy i gwary!?” Nie mógł słowa wydobyć ze zdumienia i strachu.
— No, cóż panu jest, panie Anzelmie? — mówił dalej archiwariusz Lindhorst (bo on był właśnie tym panem w białawoszarym płaszczu). — Czegóż pan chce od tego bzu i czemuż pan do mnie nie przyszedł, by rozpocząć swą pracę?
Istotnie, student Anzelmus nie wymógł jeszcze tego na sobie, by odwiedzić archiwariusza Lindhorsta w jego mieszkaniu, chociaż co wieczór ośmielał się do tego kroku; ale teraz, gdy ujrzał, że mu przerwano jego piękne marzenia i to jeszcze za sprawą tego samego wrogiego głosu, który mu już wówczas zabrał ukochaną, ogarnęła go jakaś rozpacz i wybuchnął gwałtownie:
— Panie archiwariuszu! Może mnie pan uważać za wariata albo nie, to mi wszystko jedno, ale tutaj, na tym drzewie, ujrzałem w dzień Wniebowstąpienia złotozielonego węża, ach! tę na wieki ukochaną mej duszy! I ona przemówiła do mnie przecudnymi dźwiękami z kryształu, ale pan — pan, panie archiwariuszu, pan — tak okropnie krzyknął i zawołał przez wodę...
— Czyżby, mój łaskawco? — przerwał mu archiwariusz Lindhorst, z bardzo szczególnym uśmiechem zażywając tabaki.
Student Anzelmus czuł, że mu ciężar spadł z piersi, skoro dano mu raz wreszcie sposobność wypowiedzieć się o tej zadziwiającej przygodzie, i wydało mu się już zupełnie słuszne, że wprost oskarżał archiwariusza: on właśnie był tym, który wtedy tak zagrzmiał z daleka. Zebrał się w sobie i rzekł:
— No, to już teraz opowiem wszystkie fatalności, które mi się wydarzyły w wieczór Wniebowstąpienia, a potem może pan sobie mówić i w ogóle myśleć o mnie, co się panu podoba.