Jestem pewny, łaskawy czytelniku, że choćby obcymi ci były zazwyczaj uczucia trwogi, to na widok tego malowidła Rembrandta czy Brueghela Piekielnego, które teraz ożyło przed tobą, włosy by ci powstały na głowie z przerażenia. Ale nie mogłeś oderwać wzroku od wplątanego w piekielne sprawy dziewczęcia, a prąd elektryczny, który przeniknął wszystkie twe tkanki i nerwy, wzniecił w tobie z błyskawiczną szybkością myśl, by stawić czoło tajemniczym siłom kręgu płomieni; w myśli tej zaginęło twoje przerażenie — tak — myśl ta wykwitła wprost z tego przerażenia, z tej zgrozy, jako ich płód bezpośredni. Poczułeś się tak, jakbyś sam był jednym z tych aniołów stróżów, do których modliło się śmiertelnie zestrachane dziewczę, jakbyś miał powinność wnet wyciągnąć z kieszeni pistolet i zastrzelić tę starą bez namysłu! Ale, myśląc o tym tak żywo, krzyknąłeś głośno: — Hola! — albo: — Co się tu dzieje? — albo: — Co wy tu robicie?!

Pocztylion zadął wrzaskliwie w róg, stara wywinęła kozia wprost w war i wszystko zniknęło naraz w gęstym dymie.

Czy znalazłbyś dziewczę, którego z najszczerszą gorliwością szukałbyś teraz w ciemnościach, trudno mi powiedzieć, ale zniszczyłbyś czarodziejską grę starej, rozerwałbyś więzy magicznego kola, w które dała się wciągnąć lekkomyślnie Weronika.

Jednakże ani ty, łaskawy czytelniku, ani nikt w ogóle nie szedł ani jechał tą drogą dwudziestego trzeciego września, w tę noc burzliwą, sprzyjającą sztukom czarnoksięskim, i Weronika musiała wytrwać przy kotle w śmiertelnej trwodze, aż dzieło dobiegnie końca.

Słyszała doskonale, jak wokoło niej coś wyło i szumiało, jak beczały i klekotały wkoło niej przeróżne wstrętne głosy, jedne przez drugie, ale nie otwierała oczu, bo czuła, że widok tej ohydy, tych okropności, które ją otaczały, mógłby ją wtrącić w nieuleczalne szaleństwo.

Stara przestała mieszać w kotle. Dym stawał się coraz rzadszy, aż wreszcie tylko lekki płomień spirytusowy palił się u spodu kotła. Wtedy zawołała:

— Weroniko, dziecko moje! Złotko moje! Spojrzyj no tu w głąb! Cóż widzisz, cóż widzisz?

Ale Weronika nie była w stanie odpowiedzieć, chociaż zdawało jej się, że w kotle wirują bezładnie najróżniejsze skłębione ze sobą figury; postaci jednak z każdą chwilą stawały się wyraźniejsze, aż naraz z głębiny kotła wystąpił, patrząc na nią przyjaźnie i podając jej rękę, student Anzelmus. Krzyknęła głośno:

— Ach, Anzelmus! Anzelmus!

Stara otworzyła szybko znajdujący się u kotła kran i rozpalony metal spłynął z trzeszczeniem i syczeniem w małą foremkę, którą podstawiła.