— Patrzaj no, siostro — rzekła — co się stało z twoim płaszczem; burza wyrwała w nocy okno i przewróciła krzesło, na którym płaszcz leżał; pewno napadało deszczu tamtędy, bo płaszcz jest zupełnie mokry.
Weronice jakby kamień upadł na piersi, wiedziała już teraz, że to nie sen ją dręczył, że naprawdę była u starej. Ogarnął ją strach i zgroza, mróz febryczny zatrząsł nią od góry do dołu. Z kurczowym dreszczem naciągnęła silnie kołdrę na siebie; ale wtem poczuła, że piersi jej uciskało coś twardego, a kiedy chwyciła to w rękę, wyczuła coś, jakby medalion; wyjęła to spod kołdry, skoro tylko Frania wyszła z płaszczem; było to małe, okrągłe, jasno wypolerowane zwierciadełko.
— Podarunek od starej — zawołała żywo, a ze zwierciadła strzeliły jakby płomieniste promienie, które ją przeniknęły do głębi i ogrzały lubo; febryczne dreszcze ustały, opływało ją nieopisane uczucie błogości i słodkiego spokoju. Musiała myśleć o Anzelmusie, a kiedy skierowywała nań myśli coraz silniej i silniej, uśmiechnął się do niej przyjaźnie ze zwierciadła, niby żywy portrecik w miniaturze. Ale wnet zdało się jej, że już nie widzi tego obrazu — nie! — tylko za to samego studenta Anzelmusa, we własnej osobie. Siedział w wysokim, szczególnie urządzonym pokoju i pilnie pisał. Weronika chciała podejść ku niemu, poklepać go po ramieniu i powiedzieć. — „Panie Anzelmie, obejrzyj się pan, ja tu jestem!” Ale to się zupełnie nie udawało, gdyż otaczał go jakby świecący krąg ognia, lecz Weronika spojrzała uważniej; były to przecież tylko wielkie księgi ze złoconymi brzegami.
Ale wreszcie Weronice udało się spojrzeć Anzelmusowi w oczy: wtedy on — jakby musiał, patrząc na nią, dopiero przypominać ją sobie — lecz w końcu uśmiechnął się i rzekł: — Ach, czy to pani, droga mademoiselle61 Paulmann? Ale czemuż pani chwilami raczy udawać węża?
Weronika wybuchnęła głośnym śmiechem na te szczególne słowa; wskutek tego obudziła się jakby z głębokiego snu i szybko schowała zwierciadełko, a właśnie drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł konrektor Paulmann z doktorem Ecksteinem.
Doktor Eckstein podszedł natychmiast do łóżka, długo trzymał w głębokim zamyśleniu puls Weroniki i powiedział:
— Aj! Aj!
Potem napisał receptę, jeszcze raz chwycił za puls, jeszcze raz powtórzył: „Aj! Aj!” — i opuścił pacjentkę.
Ale z tych wynurzeń doktora Ecksteina konrektor Paulmann nie mógł dość wyraźnie wymiarkować62, co właściwie dolega Weronice.