Otóż w noc potem właśnie, kiedy po raz pierwszy ujrzał Serpentynę w postaci czarownego dziewczęcia i poznał cudowną tajemnicę zaślubin Salamandra z zielonym wężem, Weronika stanęła mu przed oczyma żywiej niż kiedykolwiek. Tak! — nawet dopiero kiedy się obudził, uprzytomnił sobie wyraźnie, że to mu się tylko śniło, bo przekonany był, że Weronika rzeczywiście jest u niego i skarży się z wyrazem rozdzierającego bólu, co go do głębi przenikał, że on poświęca jej szczerą miłość dla fantastycznych widziadeł, które powodują tylko jego rozterkę wewnętrzną i mogą przecież wtrącić go w nieszczęście i zgubić. Weronika była powabniejszą, milszą niż kiedykolwiek; próżne czynił wysiłki, by o niej zapomnieć, i stan ten sprawiał mu mękę, od której miał nadzieję uwolnić się na rannej przechadzce. Jakaś tajemna, magiczna siła ciągnęła go do Bramy Pirnańskiej i właśnie miał zamiar skręcić w boczną ulicę, kiedy konrektor Paulmann, idący za nim, zawołał głośno:

— Aj, aj! Najszanowniejszy panie Anzelmie! Amice! Amice!69 Gdzież się pan podziewasz, u Boga Ojca? Wcale się pan nie pokazujesz, może pan nie wiesz, że Weronika formalnie tęskni za tym, żeby znowu co z panem zaśpiewać? No, chodź pan teraz, przecieżeś pan szedł do nas!

Student Anzelmus, rad nierad, poszedł z konrektorem.

Kiedy wchodzili do domu, Weronika wyszła ku nim bardzo ładnie i starannie ubrana, tak że konrektor Paulmann zapytał, pełen zdziwienia:

— Cóż to, czemuś tak wystrojona, czyż spodziewałaś się gości? Otóż właśnie prowadzę pana Anzelmusa!

Całując grzecznie i dwornie rękę Weroniki, student Anzelmus uczuł leciuchny uścisk, który płomieniem przeniknął mu całe ciało.

Weronika była wprost samą wesołością, samym wdziękiem i skoro Paulmann wyszedł do swego gabinetu, potrafiła tak dalece rozruszać Anzelmusa przez wszelakie przekomarzania się i filuterne70 dowcipy, że zapomniał zupełnie o swojej nieśmiałości i w końcu uganiał się po całym pokoju za swawolną dziewczyną. Ale tu znowu zwalił mu się na kark demon niezręczności, młodzieniec zawadził o stół i ładna szkatułka Weroniki upadła na ziemię. Anzelmus podniosł ją, wieczko odskoczyło, błysnęło mu małe, metalowe zwierciadło, w które spojrzał z jakąś całkiem szczególną ochotą. Weronika chyłkiem z tyłu podeszła ku niemu, położyła mu rękę na ramieniu i tuląc się doń mocno, również patrzała mu przez ramię w zwierciadło. Anzelmus uczuł, że jakaś walka poczyna mu się w duszy: myśli, obrazy wybłyskiwały i znikały znowu — archiwariusz Lindhorst, Serpentyna, zielony wąż — wreszcie uspokoiło się wszystko, cały ten zamęt przetworzył się w jasną świadomość. Zrozumiał wyraźnie, że ustawicznie myślał tylko o Weronice, że przecież owa postać, która zjawiła mu się wczoraj w niebieskim pokoju, to była równifeż Weronika i że tę baśń fantastyczną o zaślubinach Salamandra i zielonym wężem on przecież tylko napisał, ale wszak mu jej nie opowiedziano. Sam dziwił się swoim marzeniom i kładł je wyłącznie na karb podniecenia wewnętrznego wywołanego miłością Weroniki, jak również na karb pracy u archiwariusza Lindhorsta, w którego pokoju w dodatku jeszcze pachniało tak dziwnie odurzająco. Uśmiał się serdecznie z tego wariackiego przywidzenia, żeby być zakochanym w jakimś małym wężu i brać dobrze uposażonego tajnego archiwariusza za Salamandra.

— Tak, tak! to Weronika! — zawołał głośno, ale odwracając głowę spojrzał prosto w niebieskie oczy Weroniki, z których promieniowała miłość i tęsknota. Głuche „ach!” wybiegło jej na usta, które w tej samej chwili zapłonęły na jego wargach.

— O, szczęście moje! — westchnął student w zachwycie — o czym wczoraj tylko marzyłem, to spełnia się już dzisiaj.

— I zechcesz naprawdę ożenić się ze mną, skoro zostaniesz radcą dworu? — zapytała Weronika.