— Jesteś więc pan!
— Najczcigodniejszy!
— No, cieszę się, żeś pan nie zapoznał moich dobrych chęci. Wejdźże pan.
I zaraz zaprowadził mnie przez wypełniony olśniewającym blaskiem ogród do lazurowobłękitnego pokoju, w którym zobaczyłem fioletowy stół do pisania, przy którym pracował był Anzelmus.
Archiwariusz Lindhorst zniknął, ale zaraz pojawił się znowu, trzymając piękny, złoty puchar, z którego wykwitał wysoki, błękitny, trzaskający płomień.
— Przynoszę tu panu — rzekł — ulubiony napój przyjaciela pańskiego, kapelmistrza Jana Kreislera. Jest to zapalony arak, w który wrzuciłem trochę cukru. Wypij pan odrobinę tego, a ja bym chciał zaraz zdjąć szlafrok i, dla własnej przyjemności, a także by korzystać z pańskiego drogiego towarzystwa, podczas gdy pan będziesz patrzał i pisał, chciałbym się wznosić i opuszczać w pucharze.
— Jak się panu podoba, szanowny panie archiwariuszu — odpowiedziałem — ale jeśli ja wtedy zechcę pociągnąć tego napoju, to pan nie będziesz...
— Nie kłopocz się pan o nic, mój drogi — zawołał archiwariusz, zrzucił szybko szlafrok, wszedł ku mojemu niemałemu zdumieniu do pucharu i zniknął w płomieniach.
Z lekka zdmuchując płomień, bez obawy pokosztowałem napoju tego — był boski!
Nie ruszająż się w wiotkich szmerach i szelestach szmaragdowe liście drzew palmowych, jakby od wiatru rannego pieszczoty?