— Jest tutaj pewien stary, nadzwyczajny, zadziwiający człowiek; opowiadają, że służy wszelkiej wiedzy tajemnej; ale ponieważ wiedza taka nie istnieje, więc ja uważam go raczej za uczonego antykwariusza, a oprócz tego może za badacza, zajmującego się chemią doświadczalną. Mam na myśli oczywiście naszego tajnego archiwariusza Lindhorsta. Mieszka, jak panowie wiecie, sam w swoim starym, ustronnym domu i jeśli go nie zajmują sprawy służbowe, zawsze go można zastać w jego bibliotece lub w jego pracowni chemicznej, do której jednakże nie wpuszcza nikogo. Oprócz wielu rzadkich ksiąg posiada on także mnóstwo rękopisów, po części arabskich, koptyjskich, a nawet pisanych jakimiś szczególnymi znakami, nie należącymi do żadnego ze znanych języków. Otóż on właśnie pragnie, aby mu je zręcznie przepisywano, a do tego trzeba człowieka, który umie rysować piórem, który by mógł wszystkie te znaki przenieść na pergamin — i to jeszcze tuszem — z jak największą dokładnością i sumiennością. Praca ma się odbywać w jakimś osobnym pokoju w jego domu, pod jego osobistym kierunkiem. Oprócz obiadu, podawanego w godzinach pracy, ofiarowuje za to bitego talara dziennie i obiecuje jeszcze jakiś pokaźny podarek, jeżeli przepisywanie uda się szczęśliwie aż do końca. Praca odbywa się codziennie od dwunastej do szóstej. Od trzeciej do czwartej — obiad i odpoczynek. Ponieważ panu Lindhorstowi już z kilkoma ludźmi nie udały się próby tego przepisywania, więc zwrócił się w końcu do mnie, abym mu wyszukał jakiegoś zręcznego kopistę, wtedy zaraz pomyślałem o panu, kochany panie Anzelmusie, ponieważ wiem, że pan nie tylko bardzo ładnie i porządnie pisze, lecz także bardzo ozdobnie i czysto rysuje piórem. Jeżeli więc zechce pan w tym ciężkim czasie, dopóki pan nie znajdzie jakiej stałej posady, zarabiać bitego talara dziennie, a w dodatku jeszcze otrzymać upominek, to niechże pan będzie łaskaw zajść jutro punktualnie o dwunastej w południe do pana archiwariusza, który mieszka — no, pan pewnie wie, gdzie. Ale strzeż się pan wszelkich plam atramentu; jeżeli kleks upadnie na odpis, to musisz pan bez gadania zaczynać znów od początku, jeżeli upadnie na oryginał, to pan archiwariusz potrafi pana za okno wyrzucić, bo to człowiek prędki24.

Student Anzelmus ucieszył się całą duszą z propozycji registratora Heerbranda; bo nie tylko że ładnie pisał i rysował piórem, lecz mozolne, kaligraficzne przepisywanie było wprost jego namiętnością; podziękował więc w najuprzejmiejszych słowach swoim protektorom i obiecał dobrze pamiętać o jutrzejszej godzinie dwunastej. W nocy majaczyły mu przed oczyma same błyszczące, bite talary, a w uszach brzmiał mu ich luby brzęk. I któż by to mógł mieć za złe biedakowi, którego dziwaczna, nieszczęsna przygoda odarła z tak skromnych nadziei i który musiał teraz liczyć się z każdym groszem, odmawiając sobie najdrobniejszych przyjemności, do jakich parła go młodzieńcza żądza życia.

Już od wczesnego rana kompletował swoje ołówki, pióra, chiński tusz; archiwariuszowi, myślał, trudno chyba będzie znaleźć lepsze przybory. Przede wszystkim zaś uporządkował swoje arcydzieła kaligraficzne oraz rysunki, aby przedstawić je archiwariuszowi na dowód, że potrafi zadośćuczynić jego wymaganiom. Wszystko poszło jak z płatka, zdawało się, że unosi się nad nim jakaś szczególnie szczęśliwa gwiazda, krawat ułożył się od razu, przy pierwszym zawiązaniu, bez zarzutu, żaden szew nie pękł, nie puściło żadne oczko w czarnych, jedwabnych pończochach, kapelusz nie upadł ani razu na zakurzoną podłogę, on zaś był już gotów, ubrany czysto i porządnie. Jednym słowem, punktualnie o wpół do dwunastej student Anzelmus — w swoim szczupaczoszarym fraku i czarnych, atłasowych spodniach, ze zwitkiem rękopisów kaligraficznych i rysunków piórkowych w kieszeni — stał już przy Schlosstrasse w sklepie Conradiego i pił jeden, potem drugi kieliszek najlepszej wódki, żołądkówki, bo tutaj — myślał, uderzając się po pustej kieszeni — wnet zadzwonią bite talary.

Pomimo iż dość daleko było do ustronnej ulicy, przy której znajdował się odwieczny dom archiwariusza Lindhorsta, student Anzelmus zdążył przed bramę jeszcze przed dwunastą. Przystanął i przypatrywał się wielkiej kołatce z brązu u bramy; ale kiedy wraz z ostatnim potężnie rozbrzmiewającym w powietrzu uderzeniem godziny dwunastej na zegarze wieżowym kościoła Świętego Krzyża chciał chwycić za kołatkę, aby zadzwonić, nagle wyrzezana na kołatce twarz wyciągnęła się we wstrętnym grymasie, wykrzywiła się w szatańskim, szyderczym uśmiechu, niebieskie oczy błysnęły żarem. Ach! To była sprzedawczyni jabłek spod Czarnej Bramy. Ostre zęby zgrzytnęły w obwisłej gębie, a w zgrzycie tym charczało:

— Ty durniu! durniu, durniu, Waruj teraz, waruj! Czemużeś się wyrwał! Durniu!

Student Anzelmus rzucił się w tył przerażony, chciał chwycić za węgar25 u bramy, lecz dłoń jego natrafiła na sznurek od dzwonka i pociągnęła ku sobie, a wtedy zaczęło dzwonić i dzwonić, coraz mocniej, fałszywiej, przeraźliwiej, a w opuszczonym domu echo rozbrzmiewało głucho i szydziło okropnie, mknąc poprzez puste sale:

— Zginiesz w krysztale! Zginiesz w krysztale!!

Groza ogarnęła studenta Anzelmusa, mróz febryczny wstrząsnął nim kurczowo od stóp do głów. Sznur od dzwonka opuścił się ku niemu i stał się olbrzymim, białawym, przezroczystym wężem, który oplótł go i dławił, coraz silniej i silniej zaciskając zwoje, aż kruche członki miażdżone z trzaskiem popękały, aż krew wytrysnęła z żył przenikając w przezroczyste ciało węża i barwiąc je na czerwono.

— Zabij mnie! Zabij mnie! — chciał krzyczeć Anzelmus w dzikim strachu, ale krzyk jego był jeno jak głuche rzężenie.

Wąż podniósł głowę i długi, ostry język z rozpalonej stali położył na jego piersi, a wtedy wnikliwy, ostry ból przeciął raptownie arterie życia Anzelmusa i ogarnęło go zapomnienie.