We drzwiach ustawiona była straż, dwie niańki miały siedzieć przy samej kołysce, a sześć innych dzień i noc nie opuszczać pokoju. A już zupełnym głupstwem, którego nikt nie mógł pojąć, było to, że każda z sześciu nianiek musiała trzymać na kolanach kota i głaskać go przez całą noc bez przerwy, żeby nie przestawał mruczeć. Wy, drogie dzieci, na pewno nie wiecie, dlaczego matka Pirlipaty zastosowała te wszystkie środki ostrożności, ale ja wiem i zaraz wam opowiem.

Zdarzyło się kiedyś, że na dworze ojca Pirlipaty zebrało się wielu królów i książąt; przyjęcie było wspaniałe. Urządzono wiele zabaw rycerskich, grano komedie i tańczono. Król chciał pokazać, że nie brak mu srebra ani złota, i sięgnął głęboko do skarbca królewskiego, żeby czymś niezwykłym olśnić swoich gości.

Nadworny astronom właśnie wyczytał w gwiazdach, że nadeszła odpowiednia pora na święto kiełbasy. Król zarządził rozpoczęcie uroczystości, wsiadł do powozu i zaprosił osobiście wszystkich królów i książąt, ale tylko na łyżkę zupy, chciał bowiem zaskoczyć ich niespodzianką, którą im przygotował. A do królowej odezwał się przyjaźnie:

— Wiesz przecie, moje kochanie, jak bardzo lubię kiełbasę!

Królowa zrozumiała, co król chciał przez to powiedzieć; znaczyło to, że miała sama, jak już nieraz bywało, zająć się sporządzaniem kiełbas. Główny skarbnik musiał natychmiast wydać do kuchni ogromny złoty kocioł do kiełbas i srebrne garnki. Rozpalono wielki ogień drzewem sandałowym, królowa opasała się swoim kuchennym fartuchem z adamaszku i wkrótce już unosiła się z kotła słodka woń gotowanej kiełbasy. Ten cudowny zapach dotarł aż do sali, w której obradowali królowie; król, owładnięty zachwytem, nie umiał zachować zimnej krwi.

— Przepraszam, panowie! — zawołał. Pobiegł szybko do kuchni, uścisnął królową, zamieszał w kotle swoim złotym berłem i wrócił uspokojony do sali obrad.

Właśnie nadeszła najważniejsza chwila, kiedy słoninę miano pokrajać w kostki, żeby ją potem przysmażyć na srebrnym ruszcie.

Damy dworu odstąpiły na bok, bo królowa chciała własnoręcznie wykonać tę czynność: tak wielkie było jej poświęcenie i tak wielki szacunek dla królewskiego małżonka. Ale w chwili kiedy słonina zaczęła się smażyć, dał się słyszeć cichutki, piskliwy głosik:

— Daj mi też, siostro, trochę słoninki! Ja także chciałabym ucztować, bo i ja jestem królową; daj mi troszeczkę słoniny!

Królowa wiedziała dobrze, że to był głos Mysibaby. Pani Mysibaba mieszkała już od wielu lat w pałacu królewskim. Twierdziła ona, że jest spokrewniona z rodziną królewską i że jest królową Mysiego Państwa; miała też pod piecem wspaniały dwór. Królowa była kobietą dobrą i miłosierną i chociaż nie chciała uznać Mysibaby za królową i za swoją siostrę, postanowiła jednak i ją poczęstować w dniu tak uroczystym. Dlatego też zawołała: