Opanował się jednak wkrótce, osuszył łzy, które kapały mu z oczu, i rzekł:

— Ale czemuż, szanowny kolego, siedzimy tu i płaczemy? Dlaczego nie udamy się do Norymbergi? Czyż nie jest nam wszystko jedno, gdzie będziemy szukać tego fatalnego orzecha Krakatuka?

— To prawda — odrzekł pocieszony zegarmistrz.

Wstali więc obaj, wyrzucili z fajek resztki popiołu, opuścili gęsty las w głębi Azji i udali się prościutko do Norymbergi. Zegarmistrz pobiegł natychmiast do swojego kuzyna, tokarza lalek, lakiernika i złotnika, Krzysztofa Zachariasza Droselmajera, którego nie widział od wielu, wielu lat, po czym opowiedział mu historię księżniczki Pirlipaty, Mysibaby i orzecha Krakatuka. Krzysztof Zachariasz aż klaskał w ręce z wielkiego zdumienia i wołał raz po raz:

— Ach, kuzynie, kuzynie! Cóż to za dziwaczna historia!

Zegarmistrz opowiadał dalej o przygodach w podróży; o tym, że mieszkał przez dwa lata u Króla Daktylowego, że został sromotnie przepędzony przez Księcia Migdałowego i że na próżno informował się w Towarzystwie Przyrodników w Wiewiórowie — słowem, że nigdzie nie udało mu się natrafić chociażby na ślad orzecha Krakatuka. W trakcie tego opowiadania Krzysztof Zachariasz trzaskał palcami, skakał na jednej nodze, mlaskał językiem, a wreszcie zawołał:

— Hm, hm! To by był dopiero szczęśliwy zbieg okoliczności!

Wreszcie zaczął rzucać pod sufit czapeczkę i perukę, ściskać gwałtownie kuzyna i rzekł:

— O, mój kuzynie, mój drogi kuzynie, jesteś uratowany, bo jeżeli się nie mylę, posiadam właśnie orzech Krakatuka!

To mówiąc wyciągnął pudełko i wyjął z niego złocony orzech średniej wielkości.