— Jesteśmy w Lesie Gwiazdkowym, droga panno Klaro — pośpieszył z odpowiedzią Dziadek do Orzechów.
— Gdybym tu mogła trochę dłużej pozostać! Tak tutaj prześlicznie!
Dziadek do Orzechów klasnął w swe małe dłonie i w tej samej chwili ukazali się mali pasterze w towarzystwie maleńkich pasterek, a za nimi panowie i panie w strojach myśliwskich; wszyscy byli tak delikatni i biali, że wyglądali jak z najczystszego cukru. Klara dziwiła się, że teraz dopiero ich spostrzegła, chociaż już tak długo chodziła po lesie.
To nowe towarzystwo przyniosło złoty, misterny fotelik, położyło na nim białą poduszkę z kwiatu lukrecji i poprosiło Klarę, żeby zechciała usiąść. Gdy to uczyniła, pasterze i pasterki wykonali uroczysty taniec, a myśliwi rytmicznie przygrywali na rogach; potem wszyscy rozproszyli się po zaroślach.
— Niech mi pani wybaczy, droga panno Klaro — powiedział Dziadek do Orzechów — że balet udał się tak marnie. Tancerze wchodzący w skład naszej trupy poruszają się na drutach, mogą więc tylko wykonywać jedne i te same ruchy. Strzelcy także trąbili nieco nudno i ospale.
— Ach, to wszystko było przecież cudowne i bardzo mi się podobało! — odrzekła Klara, po czym podniosła się z fotela i poszła za Dziadkiem do Orzechów.
Szli teraz brzegiem szemrzącego potoku, z którego, jak się zdawało, unosiły się te wszystkie przecudne zapachy napełniające las.
— To Potok Pomarańczowy — odpowiedział Dziadek do Orzechów na zapytanie Klary — ale choć pachnie tak pięknie, nie może równać się z Rzeką Limoniadową, która wraz z nim wpada do jeziora z migdałowego mleka.
Rzeczywiście, Klara usłyszała po chwili silniejszy plusk i szmer i ujrzała szeroką Rzekę Limoniadową, toczącą swe żółte wody wśród zielonych zarośli błyszczących jak jasne szmaragdy. Nad rzeką unosił się orzeźwiający wietrzyk. W pobliżu dostrzegła Klara strumień o barwie ciemnożółtej, płynący powoli i z trudem i roztaczający wokoło słodką woń. Na brzegu siedziało mnóstwo prześlicznych dzieci, które łowiły małe, ale tłuste rybki i zjadały je na poczekaniu. Klara podeszła bliżej i zauważyła, że rybki te były cukrzonymi orzeszkami. W pewnej odległości widniała malownicza wioska leżąca nad brzegiem strumienia. Domy, kościoły, stodoły i wszystkie inne zabudowania były ciemnobrązowej barwy, a pokrywały je złote dachy. Ściany mieniły się przeróżnymi kolorami, jak gdyby były upstrzone migdałami i skórkami cytrynowymi.
— Ta wioska nazywa się Piernikowo — objaśnił Dziadek do Orzechów — a leży nad Strumieniem Miodowym. Mieszkają w niej bardzo mili ludzie, ale są zwykle bardzo rozdrażnieni, bo cierpią stale na silne bóle zębów. Lepiej więc nie chodźmy tam.