Z wielkim zdumieniem przyglądała się pani radczyni malutkim koronom, tak misternie wyrzeźbionym z jakiegoś nieznanego, ale bardzo błyszczącego metalu, że trudno było przypuścić, by były dziełem rąk ludzkich. Nawet radca nie mógł się dość napatrzyć i razem z matką wypytywali Klarę bardzo poważnie, skąd wzięła te korony. Ale ona powtarzała wciąż tylko to, co już raz powiedziała, a kiedy ojciec zrobił bardzo surową minę i nawet nazwał ją małą kłamczuchą, rozpłakała się na dobre i zaczęła się skarżyć:
— Ach, jaka jestem nieszczęśliwa! Cóż mam wam odpowiedzieć?
W tej chwili otworzyły się drzwi, do pokoju wszedł ojciec chrzestny i zawołał:
— Bzdury, bzdury! To są przecie korony, które przed laty nosiłem przy zegarku jako breloki i które podarowałem Klarze na urodziny, kiedy skończyła dwa lata. Czy pamiętacie?
Ani radca, ani radczyni nie mogli sobie tego przypomnieć.
Klara widząc, że twarze rodziców są znowu przyjazne i wesołe, podbiegła do ojca chrzestnego i zawołała:
— Ach, mój ojcze chrzestny, ty wiesz przecież wszystko! Powiedz więc, że mój Dziadek do Orzechów jest twoim siostrzeńcem i że to on podarował mi te korony.
Ale sędzia zasępił się tylko i mruknął:
— Mała, głupiutka dziewczynka!
Radca ujął Klarę za obie ręce, ustawił przed sobą i rzekł: