— Kto tam? — zawołałem głośno. Z zewnątrz dało się słyszeć:
— Panie justycjariuszu, panie justycjariuszu, obudź się pan.
Poznałem głos Franciszka i gdy zapytałem, czy się pali — już dziadek obudził się i zawołał:
— Gdzie się pali? Czy piekielne sztuczki już się rozpoczynają?
— Ach, wstań pan, panie justycjariuszu — mówił Franciszek — pan baron prosi pana do siebie.
— Czego pan baron chce ode mnie w nocy? — pytał dziadek dalej — Czy pan baron nie wie, że justycjariat wraz z justycjariuszem śpią w łóżku?
— Ach — przerwał Franciszek smutnie. — Jaśnie pani baronowa umiera. Zerwałem się z łóżka z przerażającym krzykiem.
— Otwórz drzwi Franciszkowi — zawołał na mnie dziadek.
Bezprzytomny słaniałem się po pokoju, nie mogąc ani drzwi, ani zamku znaleść. Dziadek musiał mi pomóc. Wszedł Franciszek blady i pomieszany i zapalił świece. Zaledwieśmy się trochę przyodzieli, usłyszeliśmy samego barona odzywającego się z sali.
— Czy mogę z tobą pomówić, kochany panie V...?