— O, posłuchaj pan najpierw, co zaszło — rzekł Desgrais z gorzkim uśmiechem. — Stoję koło Louvre’u i czatuję na tych szatanów, którzy szydzą z wszelkiego pościgu. Wtem zbliża się ku mnie niepewnym krokiem jakiś człowiek, który ogląda się ciągle za siebie i nie widzi mnie wcale. W świetle księżyca poznaję markiza de la Fare. Mogłem się go tam spodziewać; wiedziałem, dokąd idzie. Ale zaledwie oddalił się ode mnie o dziesięć lub dwanaście kroków, wypada, jak spod ziemi, jakaś postać, obala go na ziemię i rzuca się na niego. Uradowany wypadkiem, który mógł wydać zbrodniarza w moje ręce, krzyknąłem głośno i chciałem skoczyć ku niemu z mojej kryjówki. Wtem zaplątałem się w płaszcz i upadłem. Widzę, iż ów człowiek ucieka, jak wichrem pędzony; zrywam się, biegnę za nim — biegnąc daję znak trąbką — z daleka odpowiadają mi świstaki ajentów2 — ulice ożywiają się — ze wszech stron słychać szczęk oręża i tętent koni.

„Tutaj, tutaj! Desgrais, Desgrais!” — krzyczę, aż się rozlega. Ciągle widzę go przed sobą w blasku księżyca; aby zmylić mój pościg, zawraca tu i tam. Dobiegamy do ulicy Nicaise; siły jego widocznie słabną, ja wytężam wszystkie, jeszcze tylko piętnaście kroków dzieli mnie od niego...

— Doganiasz go pan, chwytasz, nadbiegają ajenci — zawołał la Regnie z płonącym wzrokiem, chwytając Desgrais’go za ramię, jak gdyby on był tym uciekającym zbrodniarzem.

— Na piętnaście kroków przede mną — mówił dalej Desgrais, oddychając ciężko — na piętnaście kroków przede mną człowiek wskakuje w cień i znika w murze.

— Znika? W murze! Czyś pan oszalał! — krzyknął le Regnie, odstępując od niego na dwa kroki i załamując ręce.

— Nazwij mnie pan szalonym, zabobonnym — kończył Desgrais opowiadanie trąc czoło jak człowiek dręczony przykrą myślą — ale tak właśnie było, jak panu opowiadam. Osłupiały stoję przed murem. Nadbiegają bez tchu ajenci, wraz z nimi markiz de la Fare, który już oprzytomniał, z dobytym mieczem w ręku. Zapalamy pochodnie, badamy mur ze wszech stron; nigdzie ani śladu drzwi, okna lub otworu. Mocny kamienny mur przytyka do domu zamieszkanego przez ludzi, na których nie może paść nawet cień podejrzenia. Dzisiaj jeszcze raz obejrzałem wszystko dokładnie. To sam szatan nas chyba zwodzi.

Wypadek, jaki spotkał pana Desgrais’go, rozniósł się po Paryżu. Ponieważ głowy i tak już były pełne opowiadań o czarnoksięstwie, zaklinaniu duchów, związkach pani Voisin, Vigoureux, sławnego duchownego le Sage’a z szatanem, więc też, zgodnie z wrodzonym naszej naturze pociągiem do wszystkiego, co nadprzyrodzone i cudowne, niedługo wierzono powszechnie, że zbrodniarze, jak to Desgrais w zwątpieniu był powiedział, zaprzedali diabłu swe dusze i znajdują się pod jego opieką. Oczywiście do historii pana Desgrais’go dodano niejeden zmyślony szczegół. Opowieść tę, ogłoszoną drukiem i ozdobioną ryciną, przedstawiającą ohydną postać diabła, zapadającego się w ziemię przed przerażonym panem Desgrais, sprzedawano na wszystkich rogach. Wystarczyło to, aby ostatecznie przerazić ludność i odebrać odwagę nawet ajentom, którzy odtąd błąkali się w nocy trwożnie i nieśmiało po ulicach, obwieszeni amuletami i zlani wodą święconą.

D’Argenson widząc, że wszystkie usiłowania Chambre ardente są daremne, udał się do króla i prosił go o ustanowienie nowego trybunału, który by, jeszcze rozleglejszą mając władzę, śledził i karał nowych zbrodniarzy. Ale król, przekonany, że już Chambre ardente za wielką dał władzę, zmartwiony okrucieństwem niezliczonych wyroków śmierci, wydanych przez krwawego sędziego la Regnie, odrzucił projekt.

Obmyślono inny sposób, aby pozyskać króla dla tej sprawy.

W komnatach pani de Maintenon, gdzie król zwykł był spędzać popołudnia, a nawet pracować ze swymi ministrami do późnej nocy, w imieniu zagrożonej miłości wręczono królowi poemat, w którym kochankowie skarżyli się, że chcąc dopełnić obowiązków galanterii i wręczyć ukochanej kosztowne podarki, muszą ustawicznie narażać swoje życie. Zaszczytem i rozkoszą jest w rycerskim boju przelać krew za ukochaną, inaczej rzecz się ma w wypadku podstępnego napadu zbrodniarza, przeciwko któremu nie można się obronić. Ludwik, jaśniejąca gwiazda przewodnia miłości i galanterii, może rozproszyć ciemności nocy i odsłonić kryjącą się w nich tajemnicę. Bohater, który pogromił wrogów, dobędzie teraz znowu błyszczącego oręża i jak Herkules hydrę lernejską, jak Tezeusz Minotaura, tak on pokona groźnego potwora, który wszelką radość zmienia w głęboki ból, w beznadziejny smutek.