Odwrócił się ku mnie i zajrzał mi w oczy dwiema szklistymi gałami, z których się sączyła wilgoć pijackich przełzawień.

— Saletra? — spytał po chwili.

— Odkąd to dostałeś tego kaszlu?

— Kche, kche! kche! — kche! kche! kche! — kche! kche! — kche! kche!

Biedaczysko przez kilka minut nie mógł się zdobyć na odpowiedź.

— To nic! — odrzekł nareszcie.

— Nuże! — zawołałem stanowczo. — Uchodźmy stąd precz! Zdrowie twoje jest cenne. Jesteś bogaty, otoczony czcią, podziwem i miłością. Jesteś szczęśliwy jako ja — niegdyś byłem. Jesteś człowiekiem, którego brak — da się we znaki. Co innego — ja i moja osoba. Precz stąd, uchodźmy! Wpadniesz w chorobę. Mam zresztą Luchesiego...

— Dość! — zawołał — kaszel to — głupstwo! Nie pozbawi mię życia! Nie zemrę od kataru.

— Bez wątpienia, bez wątpienia — odrzekłem — i właściwie anim chciał niepokoić cię po próżnicy — lecz winieneś mieć się na baczności. Jeden łyk tej oto małmazji3 zapobiegnie przeziębieniu.

Ująłem właśnie jednej butli długiemu rzędowi poległych na ziemi współtowarzyszek i nadłamałem jej gardziel.