Zbliżając się do Waldemara, zrobiłem coś w rodzaju półwysiłku, aby zniewolić jego prawą dłoń do stowarzyszenia się z moją w ruchach, które z lekka kreśliłem ponad nim. Dawniej, próbując tych doświadczeń z chorym, nie osiągałem nigdy całkowitego skutku i doprawdy nie miałem nadziei, że tym razem uda mi się lepiej, lecz ku memu wielkiemu zdziwieniu, dłoń jego powtarzała bardzo łagodnie, chociaż z lekka jeno kreśląc, wszystkie dłonią moją wskazane kierunki. Postanowiłem narazić go na kilka słów rozmowy.

— Waldemarze — rzekłem — czy śpisz?

Nie odpowiedział, lecz zauważyłem dreszcz w jego wargach i byłem zmuszony powtórzyć moje pytanie po dwakroć i po trzykroć. Za trzecim razem nieznaczne drżenie poruszyło jego ciałem, powieki uniosły się same przez się, jak gdyby po to tylko, aby odsłonić białe pasmo ocznej gałki — wargi poruszyły się leniwie i w zaledwo pochwytnym szepcie uroniły te słowa:

— Tak — śpię teraz. Nie budźcie mnie! Pozwólcie mi umrzeć w tym stanie!

Dotknąłem ciała — było sztywne jak wprzódy. Dłoń prawa, jak przed chwilą, ulegała wskazaniom mojej dłoni. Spytałem znowu śpiącego somnambulicznie:

— Czy zawsze czujesz ból w piersi, Waldemarze?

Odpowiedź nastąpiła nie natychmiast, a była jeszcze mniej wyraźna niż pierwsza:

— Ból? — Bynajmniej. — Umieram.

Uważałem w danej chwili za niestosowne — niepokojenie nadal jego osoby, toteż nie przybyły żadne słowa ani czyny — aż do przyjścia doktora F., który uprzedził nieco wschód słońca i doznał zdziwienia bez granic, zastawszy chorego jeszcze przy życiu. Po zbadaniu pulsu śpiącego i zbliżeniu do ust zwierciadła, prosił mię, abym doń przemówił:

— Czy wciąż śpisz, Waldemarze?