„Nędzniku! — krzyknąłem głosem ochrypłym od wściekłości, a każda z piersi wyszarpnięta zgłoska przyrzucała, zda się, strawy płomieniom mego gniewu. — Nędzniku! Oszuście! Zbrodniarzu nikczemny! Nie będziesz odtąd tropił moich śladów, nie będziesz mię dręczył aż do mojej śmierci! Idź, gdzie rozkażę, albo zabiję cię na miejscu!”.
I nieodparcie wlokąc go za sobą, przetłoczyłem się od sali balowej aż do przyległej, niewielkiej sieni.
Stanąwszy w sieni, odrzuciłem go ze wściekłością precz — od siebie. Potoczył się ku ścianie. Klnąc, zawarłem drzwi i kazałem mu broń obnażyć. Wahał się przez chwilę, po czym z nieznacznym westchnieniem dobył, milcząc, swej szpady i stanął w pozycji. Walka wszakże trwała niedługo. Burzyły się we mnie najognistsze — wszelkiego chowu podniety i w każdej z osobna dłoni czułem dzielność i potęgę całej zgrai. W okamgnieniu uderzeniem pięści przyparłem go do muru i tam, mając go w swej mocy, kilkakrotnie, cios za ciosem, zanurzałem mu w piersiach szpadę z bydlęcą drapieżnością.
W tej chwili ktoś dotknął klamki u drzwi. Pośpiesznie zapobiegłem natrętnemu najściu i niezwłocznie powróciłem do konającego wroga.
Lecz jakiż język ludzki podoła dość opisowi owego zdumienia, owego przestrachu, który mnie ogarnął na widok tego, co ujrzały wówczas oczy!
Przelotne mgnienie, stracone przeze mnie na zbliżenie się ku drzwiom, wystarczyło widocznie, aby u podstaw odmienić właściwy ład przeciwległych zakątków pokoju.
Olbrzymie zwierciadło — tak mi się wydało w mym popłochu — spiętrzyło się tam, gdziem poprzednio ani znaku po temu nie widział i ponieważ, zdjęty przerażeniem, szedłem ku temu zwierciadłu, własne moje odbicie, z twarzą wszakże pobladłą i od krwi plamistą, szło ku mnie na spotkanie krokiem słabym i chwiejnym.
Tak mi się — powtarzam — zdawało, lecz było — nie tak! To — wróg mój, to — Wilson trwał przede mną w swej agonii. Maska jego oraz płaszcz leżały na podłodze — tam, gdzie je porzucił! W jego tak znamiennej a osobliwej twarzy — i w jego stroju — każdy rys, każda nitka — była moja, był mój! Był to — bezwzględny tryumf tożsamości!
Był to Wilson, lecz Wilson wyzbyty na teraz szeptu w swym głosie tak, iż mogłem pomyśleć, że sam wymawiam te słowa, które on właśnie do mnie skierował:
Zwyciężyłeś i przeto ulegam. Lecz odtąd umarłeś na równi ze mną — umarłeś dla Ziemi, dla Nieba i dla Nadziei! We mnie istniałeś i — spojrzyj w moją śmierć, spojrzyj wskroś tej, która jest twoją, postaci — jak doszczętnie zamordowałeś siebie samego!