Gold schwycił go za ramię w chwili, gdy odwracał się, by odejść.
— Dokąd pan zmierza? — zapytał rozkazującym tonem.
— Idę na policję.
— Może pan oszczędzić sobie trudu — zwrócił się doń szorstko. — Znam się nieco na dziennikarstwie, więc powiem, że policja już będzie miała wszystko, czego jej potrzeba. A przy tym — dodał oschle — na co panu opowiadać prasie historyjkę, która mogłaby jedynie zaciemnić całą sprawę pojawienia się pani Comstock Bell?
Słowa te wypowiedział w ten sposób, że nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że mieszczą w sobie groźbę.
— Nie wiem, co pan ma na myśli — rzekł tamten ochrypłym głosem.
— Przekona się pan w najbliższych dniach, Helderze — wyjaśnił detektyw. — Niech sobie Bell pracuje nad swoim własnym ocaleniem, a pan pracuj nad swoim.
— Co pan ma na myśli? — spytał tamten po raz drugi.
— Pracuj pan nad swoim — powtórzył Gold, znacząco kiwając głową przy każdym słowie. Helder zniżył twarz ku tamtemu; nie było przyjemnością oglądać ją.
— Gold — wycedził między zębami — mówią, że pan jesteś detektywem, czymś w rodzaju gentlemana-szpicla, i że pańskim zadaniem jest wykrywanie spraw tam, gdzie zwykle ludzie w pańskim gatunku nie mają przystępu. Jeśli jednak pan spróbujesz pisnąć słowo na szkodę mojej reputacji, każę pana wyszczuć z wszystkich klubów Londynu. Czy pan zrozumiał?