— On w ogóle nie myśli — powiedział H. O. — jego poezje są bezmyślowe.

— Jesteś niegrzeczny — upomniała Dora — i nie mówi się „bezmyślowe”, tylko bezmyślne.

— Osiemdziesiąt osiem, dziewięć, dziewięćdziesiąt... — liczyła Ala i znowu spuściła oczko. — Błagam was, uciszcie się na chwilę.

Nudziliśmy się coraz bardziej. Między Oswaldem a Dorą przyszło nawet do ostrej sprzeczki. Nie wiem, czym by się zakończyło popołudnie, gdyby nie nagłe wejście ojca.

— Dobry wieczór, dzieciaki! — odezwał się najmilszy człowiek. — Co za okropna pogoda! Ciemno. Śnieżyca. Brr... Że też zawsze pada nie w porę. Jakieś kiepskie urządzenia atmosferyczne!

Poprawiły się nam humory. Ojciec zapalił światło i wziął Alę na kolana.

— Mam dla was trzy rzeczy. Pierwsza: pudełko cukierków...

Rzuciliśmy się na doskonałe czekoladki, nadziewane wybornym kremem.

— Druga rzecz — to zaproszenie od pani Leslie6. Będzie u niej wielka zabawa, żywe obrazy7, latarnia magiczna8 i wiele niespodzianek.

Ucieszyliśmy się ogromnie, a zwłaszcza Noel, który się uważa za kolegę naszej poetki.