— Nie — rzekł nie swoim głosem — ale ściana, o którą się potknąłem jest inna niż wszystkie, zdaje się, że jest drewniana; może za tą ścianą mieszczą się skarby ukryte, może jest tam jakaś skrytka?
Stanęliśmy przed tą ścianą. Była z drzewa. Wyglądała bardzo ciekawie. Strasznie pragnęliśmy dowiedzieć się, co mieści się za tą ścianą. Zauważyliśmy, że ściana nie sięga sklepienia. Wobec tego postanowiliśmy się dostać na drugą stronę, znanym wam, drodzy czytelnicy, systemem. Oswald przykląkł, a na jego ramionach stanął Dick.
— Podajcie mi zapałki! — zawołał.
Ale z zapałkami było bardzo krucho.
— Boże, co za straszny kurz! — westchnął Dick. — Prawdziwa kopalnia. Szkoda, że nie mam łopaty.
Dick dostał się na sam szczyt ściany i znowu zapalił zapałkę.
— Co widzisz? Co widzisz?! — zaczęliśmy wołać w najwyższym podnieceniu.
Lecz zanim Dick zdołał spojrzeć w ciemną głębię, zapałka zgasła.
Teraz po plecach Alberta wszedł Oswald na górę. Zapalił zapałkę i już, już miał dojrzeć coś niezmiernie interesującego, gdy znów zapałka zgasła.
Nie pozostało nam nic innego, jak zsunąć się na drugą stronę ściany; co też uczyniliśmy. Potknęliśmy się o jakieś sprzęty drewniane, a po chwili zaczęliśmy tonąć w kurzu.