Noel twierdził, że powiedział: — Nie chodźmy tam — i H. O. mówił to samo. Ale obydwaj poszli.
Znaleźli się w maleńkim pokoju, który, jak dowiedzieliśmy się potem, służył do przechowywania grzybów. Pokoik był czysty, świeżo wyszorowany. Na ścianie przybite były półki. Autor jest pewien, że obydwaj pobledli ujrzawszy to, co się znajdowało na półkach (oni temu przeczą).
Ujrzeli wielkie słoje, liny, druty. Jeden z nich odezwał się głosem, który musiał drżeć z trwogi:
— To jest proch, jestem o tym przekonany; co zrobić?
— Jestem pewien! — odpowiedział drugi.
— To jest na pewno zemsta polityczna, gdyż tatuś brał udział w wyborach i jego partia zwyciężyła.
— Co zrobić?
— Trzeba by przeciąć druty tej piekielnej maszyny; jest ich dwanaście.
Oswald uważa, że ci dwaj mali chłopcy, bo przecież i Noel, chociaż pisze poezje i często choruje na bronchit, jest małym chłopcem, dali prawdziwy dowód męstwa. Nie uciekli przed prochem, nie pobiegli po pannę Black ani też po kucharkę, ale z całą odwagą uczynili to, co uważali za właściwe.
Nie upieram się przy zdaniu, że zrobili to, co należało — ale im się zdawało, że czynią dobrze. I chyba nie można uważać, że ktoś źle postępuje, jeżeli wierzy, że słusznie postąpił. Mam nadzieję, że kochani czytelnicy zrozumieją mnie.