Zachodzim pod drzewo.
Prawda to, pytam sie uczycielki spod okna przez dziure, że ktoś na panie napad?
Tak, mówi ona, okno rozmyka: ktoś wlaz na drzewo i podglądał, a potem trzasnoł w okno i uciek.
Mówi to, a na boki patrzy, oczy chowa.
To na drzewie siedział?
Tak, słychać było jak sie zwalił.
Hm, pewnie ta gałązka jemu sie urwała, mowie i gałązke podnosze z ziemi: Aha, mówie, w góre spoglądawszy, to z tamtej gałęzi sie urwało, pasuje. Co za świnia, podglądał, pani mówi, ciekawe, czego taki szukał! A to może i po nim ślady? dziwie sie. A ślady na zagonku w cybuli jak po koniu! Patrze ja na te ślady, gałązke oglądam i myśle: lepiej było tobie na te drzewo nie włazić człowieku, oj, dużo lepiej byłoby dla ciebie, dużo. A ona:
Boję sie! Może mnie co wieczór podglądano, tfu, okropność!
A jakby te gałęź obciąć? radzi Handzia. W chacie bedzie widniej i już nikt sie nie uczepi?
Gałęź, mówie i cały drże, zęby latajo: Gałęź? A dobrze, już, zaraz! Zaraz sie zrobi, tak sie zrobi, żeby już nikt nie właził na te gałęź. Ziutek, piłe, siekiere raz dwa!