Domin wstajo, ale mówio bardziej do nas, taplarskich, niż do urzędnikow, mniej więcej tak:

Toż ja dopytuje sie i dopytuje i dopytać sie nie moge panow urzędnikow, czemu to my w Taplarach mamy maszynami sie obstawiać? Kiedy ja, panowie, lubie cepem młocić. Lubie sierpem żąć, koso kosić. Nasze żonki szmaty myjo w rzece bardzo czysto, tkajo ładnie krosnami, chleb pieko bardzo przyjemny w piecach chlebowych. Umiejo też krowy doić. Jakże do krowy z maszyno: toż jedna krowa wymie ma twarde, druga miętkie, ta cycka bogatsza, tamta skąpsza. A niejedna krowa całkiem nie przepuści, jak jej nie poklepiesz, nie podrapiesz między rogami, za uchiem. To wszystko baba wie, umie. A maszyna?

Zrywa sie ten z ręko, jak oparzony: Ludzie, ludziska, co wam, krzyczy, klepawszy sie w czoło, czy wy naprawde chcecie przeżyć całe życie w tych szuwarach jak kaczki, wy i dzieci wasze? Czy wy wiecie, że za rok góra pod Bokinami103 bedzie przekopana: woda spłynie i po bagnie śladu nie bedzie, przepadno starorzecza, chrapy104, topieliska, odnogi, zostanie tylko jedna główna rzeka pod Surażem, a łąki pobagienne bedo zmejlorowane? Czy wyobrażacie szose, co poleci środkiem bagniska i autobusy, i traktory, co bedo jeździć koło waszej wioski? Za pięć lat połowa z was bedzie dojeżdżać do Łap i Białegostoku zarabiać w fabrykach! Zaczniecie stawiać murowane domy i chlewy, młócić bedziecie kombajnami, a w waszych domach stano lustra, radja! I nic tu nie pomoże wasze chowanie głowy w piasek, co ma być bedzie, chcecie czy nie! Ale wy, ludzie, zamiast przeszkadzać nam, pomóżcie! Pomóżcie nam wyciągnąć was z biedy i zacofania, jeśli siebie nie żałujecie, pożałujcie waszych dzieci: toż oni rosno na dzikusów, czy chcecie, żeby byli pośmiewiskiem dla kraju i świata?

Urwał przemowe i usiad, raptem wstaje, już mówić zaczyna, ale macha ręko i klap, znowuś siada, strasznie rozpalony. I siedzim: oni patrzo na nas, my na nich. A takie zmartwione, poprzygarbiane oni, że aż ich szkoda.

Aż tu co sie nie robi!

Jakby osa wleciała do izby: dziwne buczenie słychać skądś zza plecow, oglądamy sie za to oso, oczami pod pułapem wodzim, no bo słychać, że ta osa pod pułapem zakręca, zawija. He, ale jak ona zawija, czemu to gęby nam sie rozjeżdżajo do śmiechu, czemu szyje wciągamy, aż kołmierzy skrzypio? Czemu tak oczy wywracamy na urzędników? Osa to nie jest, skąd osa w listopadzie, do tego po zmierzchu i przy zamkniętych oknach. A buczenie narasta, wzmaga sie, faluje, wtuliwszy głowy w kołmierzy, czekamy bez tchu: buczenie narosło, przemienia sie w gwizd, w smykowanie na najcieńszej strunie, aż uszy bolo, natęża sie! I rozpęka! trzaskiem, łoskotliwym, końskim, ach to Filip zażartował sobie jak ogier! I śmiech nasz, rżenie końskie, bek owieczy, pianie kurze, wywaliło sie, zakłębiło, rozdęło po izbie czterdzieście mord rozdziawionych wyszczerzyło sie do tramu105 bezwstydnie w rżeniu, beku, jęku! Głowy, plecy rozhuśtali sie, to czołem w kolana, to potylico na łopatki, gęby rozdziawione, oczy zapluszczone, ręce rozkładajo sie na szyjach sąsiada, na kołmierzach, nogi tupio w podłoge, łomoczo! Zawierucha werwała sie do chaty? czarci z kulikiem106 wpadli? czy może blejkotem107 spili sie gospodarze taplarskie, co tak ich rozwiązało, rozbeswstydziło, rozchlapało! Naraz pod dżwiami ktoś inny huknoł: buch! buch! na ten sygnał posypali sie spomiędzy kożuchow wybuchi, jeden za drugim: Buch! Bach! Bam! Pyf! Łup! Hop! Ryms! Trrach! Rryp! czterdziestu chłopa kacza108 sie plecami po plecach, brzuchach, ławach, na podłoge sie walo, zapomniawszy o świecie, zebraniu, urzędnikach, ślozy109 oczy zalewajo, tylko jedna myśl błyska: żeby huknąć głośniej niż drugi! Aż tu grzmot sie rozpęka tak wielki, że lampa zgasła, ściany sie kołyszo, z pułapu szczelubinami110 sypie sie plewa111 na głowy nasze: to Filip zażartował znowuś, jak smok! Jak i kiedy uczycielka i urzędniki uciekli, czy długo wytrzymali z nami po ciemku, nie wiadomo, nikt nie pamięta: tak sie wszystkie zapomnieli, tak sie każdy kaczał w śmiechu, płaczu, jęku, że tylko łupcowanie sie liczyło, kto głośniej, kto mocniej! Odpalamy jeden po drugim, Mazury, Prymaki, Litwiny, Dunaje, Bartoszki, Orele, huk za hukiem goni, hukowisko rozdudniło sie piekielne, czterdzieście bębnow odprawia muzyke na kartofli, kapuche, kisłe mleko, cybule, łupcujem jak pijane, po świńsku, ale zdrowo, wybuch za wybuchem leci, jeszcze jeden, jeszcze jeden, jeszcze.

Siły sie kończo, prochu brakuje: jeszcze śmiechem ciągniem, ktoś pod stołem w śmiechu sie kacza, śmiechem z brzucha, z najdalszych kiszkow, zdrowym śmiechem podbijamy hukowisko, wspomagamy pohuki, jeszcze paru jęczy ze szczęścia, szczerego brzusznego, ale już ten i drugi przeciera oczy, wybałusza sie w kąt, tam dzie urzędnikow zapomniało sie za stołem! Czuje i ja gębe, jak sie składa, prostuje. I kurczy na nowo, ale teraz z jakiegoś strachu!

Ostatni śmiech dobulgotał sie i cicho, cicho, cisza. Choć ciemno, wiemy, że za stołem pusto. Coś sie stanie. Ale co? Co zrobio te ważne urzędniki? Czy nie polecieli do łodzi po karabiny? Może popłynęli po wojsko? Może pogonio nas w sądy, areszty, więzienia!

Na dżwi oglądamy sie po ciemku. A w sieniach puścieje. Już i kto bliżej dżwiow z ławy wstaje. I jakoś nikt do nikogo nie gada, wyśmiawszy sie, wyszumiawszy, czuje każdy, że nabroił, czy aby nie za dużo tego śmiechu było? Jeden za drugim wychodzim, w ciemno, milczkiem, bez zwykłego w takiej kupie żartowania. Każdy w ziemie patrzy, bo pod nogami błoto, kałuży ledwo przymarznięte, a szkoda walonki ugnoić. Przymykajo sie ludzi pod płotami, rozchodzo sie po domach radzić, a jest nad czym, nadziało sie za dzień. Ciekawe, co urzędniki robio: pojechali czy ostali u Dunaja? Ide pod okno, zaglądnąć, a tu z pięciu chłopa stoi: na dybki112 stajo, szyi wyciągajo, żeby co przez dziury w szmacie zobaczyć.

Nie wszystko, ale co nieco widać: uczycielka siedzi na murku z wyciągniętymi nogami, trzewiki zdjęte, grzeje sie przy piecu, przy niej iżynier, gadajo sobie. Wojt i ten bez ręki rozperli sie za stołem, coś tołkujo Dunajowi, on głowo kiwa, a skulony, przestraszony, jakby jego bić mieli. Dunaicha, dzieci, babka siedzo gęsto kupo na łożku.