A pewno!
Znaleźli my brzoze nie za grube, nie za cienkie, i trochu duplawe145, pod obuchem huczała. Obciesał ja kore z dołu, klękamy, za piłe sie bierzem. Napiłowali sie niemało, zaczem146 przesmulali147 niższy śnit148 z jednej strony, potem wyższy z drugiej i chylić sie zaczęła. Szczęśliwie nie zaklinowała sie w gałęziach: rymnęła o ziemie, huknęło, aż Siwka spłoszyła sie w jełowcy. Chłopiec stoi czerwony od roboty, ale widze, rekami ślozy wyciera, jakby beczał.
Czego beczysz?
Ktoś umar, mówi i popłakuje.
Nie płacz, toż ty nie baba, w nogawkach chodzisz!
Ale my kogoś zabili!
E tam, bajki, nie płacz już.
Toż wy sami opowiadali!
Opowiadać możno, ale kto tam wie, jak z tym naprawde.
Obciopuje gałęzi, chłopiec odciąga ich na kupe z boku, a przy robocie i beczyć przestał. Potem my brzoze popiłowali na kawałki i kloc po klocu załadowali na woz. Ruszamy, biały pieniek został za nami i kupa gałenzi: idziem koło fóry, żeby popychać, bo pod górke kobyła sama nie wciągnie, choć stara sie, stęka, paruje. I tak prawie nie mówiwszy, wygadawszy sie w pierwsze strone, przechodzim z brzozo koło dębu, Marysi, judaszowej osiny, między mogiłkami a staro chwojo i jełowcem z rosochami149, koło sokora, koło wierzby, co Wrona pod nio zamarz, przepychamy woz przez kamień w koleinie, mijamy jarzębinke Jurczakowe, objeżdżamy kłode i przez błoto dojeżdżamy do większej rzeki: koło grubej wierzby skręcamy wzdłuż małej rzeki do wioski, i teraz, chata po chacie, dojeżdżamy do Grzegorychi i zaraz zwracamy na nasze gumno, i zatrzymujem sie przy gałęziach pod stodoło, tam dzie ta bez ogona zatraciła jajko.