I wychodzi jak ciamajda niedołenga, zgarbiony, ledwo nogi przez próg przeciągnoł.
A dzieciak leży jak polano, tylko sie kołyska na sznurkach okręca i tak smutno, tak smutno, tak smutno. Myj, nakazuje Handzi i ide po deski.
Najsampierw sie wpuściło kobyłe do chlewa, żeb nie przestudziła sie na dworze, zgrzana była. Potem z Ziutkiem wyciągnęli my spod słomy deski z rusztow, zanieśli na kozioł do piłowania: przerżneli na kawałki, cztery dłuższe, dwa krótsze na szczytki. Kończym piłować, raptem Ziutek ogląda sie na fure, na białe kore: O Jezu, przez nas, mówi i puszcza piłe, my Jadzie zarżnęli!
A ścichnieszże, prosze, ty tylko gadać i płakać! Ciągaj.
Patrze na deski, czy nie za krótkie, ciasne spanie by miała. Nie, nie powinna. Najgorzej z goździami bedzie. Wysyłam chłopca do Kramara, osiem goździow niech przyniesie. Ale zdaje sie w kożuszku jeden jest: macam, a jakże, jest. Krzycze za nim, że siedym, siedym przynieś, niech Kramar policzy za żyto! Póki ja deski ostrugał, dopasował, zaczem zbił w skrzynke, Pietruczycha z Dominicho i Handzio obmyli dzieciaka, wystroili w białe sukieneczke i czepuszek z sinimi tasiemkami. Leży na ławce z rączkami związanymi szkaplerzykiem155, świeczka pali sie nad nio. Przełożył ja jo do trumienki, na wióry, a Dominicha mówio: czegóż czekać? Dawajcie zmowim w głos Anioł Pański i wszystko.
Zmowilim za Dominicho, potem ja święcono wodo pokropił biedaczynke i wierzchnie deske dwoma goździami przybił. Handzie trzymali tatko z babami. Zaraz Dominicha świeczke gaszo, a ja biore pod pache skrzynke, rydel, ide na mogiłki, kobiety zostajo sie Handzie pocieszać, nie puszczajo jej za trumno: mogłoby zaszkodzić, więcej by nie zaciężyła.
Na drodze Dunaja spotykam, dokądś szli za interesem. Zatrzymujo sie. Co, umarło? i po skrzynce patrzo. Najmniejsze?
Najmniejsze.
Szkoda, wieczne odpocznienie daj jej, Panie, choć prawde powiedziawszy, nie było po czym. Dziewczynka?
Ale też szkoda.