Tam wdałem się w rozmowę z pewnym młodzieńcem. Nazywał się Harry Warwick, jak się później dowiedziałem, ale prawdopodobnie ani on, ani jego nazwisko nie mają żadnego znaczenia dla dalszego przebiegu historii, której był on przyczyną i początkiem.
Z pożądliwością wypytywał się mnie o Niemcy, które stały się dla niego wymarzonym krajem, chociaż albo ponieważ nigdy nikogo z Niemiec nie widział, ani z nikim nie rozmawiał, a tak wiele o Niemczech słyszał.
Chętnie zaciągnąłby się do United States Lines173, gdyby nie musiał już jutro rano udać się w ten przeklęty trip174 do Oregonu. Ale w kwietniu wróci znów tutaj i wtedy uda się do Bremy, choćby go to nie wiem co kosztowało.
— Jutro płyniesz?
— Jutro, koło dziewiątej.
— Jak to się tam jedzie? — zapytałem, chociaż nie miałem pojęcia, gdzie leży ten Oregon.
— Wzdłuż wybrzeża Pensylwanii, Maryland i South Wirginia. Wyruszamy z Georgii, stamtąd do Florydy, potem przez Kanał Panamski, potem w górę do Los Angeles i San Francisco aż do Portland i to już Oregon.
— Do diabła — powiedziałem — chętnie pojechałbym wraz z wami.
Któż powiedziałby co innego? Kto wyrusza w jakąś szczególniejszą podróż, musi często usłyszeć to zdanie z dodatkami, które mają być komiczne: „Czy nie mógłby pan zabrać mnie w kufrze?” „Czy nie potrzebuje pan sekretarza albo kogoś do czyszczenia butów?”
Ale rzadko ten pożądający otrzymuje odpowiedź, jaką dał mi młody marynarz, Harry Warwick: