Któż powiedziałby co innego? Kto wyrusza w jakąś szczególniejszą podróż, musi często usłyszeć to zdanie z dodatkami, które mają być komiczne: „Czy nie mógłby pan zabrać mnie w kufrze?” „Czy nie potrzebuje pan sekretarza albo kogoś do czyszczenia butów?”
Ale rzadko ten pożądający otrzymuje odpowiedź, jaką dał mi młody marynarz, Harry Warwick:
— No, to jedź razem z nami.
— Jak to? — spytałem, sądząc, że dobrze nie zrozumiałem. Miało to znaczyć: „Co też mówisz?”, ale on zrozumiał: „Co więc mam robić, aby jechać?” Odpowiedział mi, że mogę mu teraz po prostu towarzyszyć, jego okręt „Hiawatha” podnosi jutro rano kotwicę, może więc wybiorę się z nim.
— Tak prędko nie mogę się wybrać.
— No to jak będziesz miał czas, zgłosisz się do Sea Service175 i powiesz: chcę jechać jako marynarz. Wtedy urzędnik skieruje cię na statek, który zaciąga załogę. Tam muszą cię przyjąć.
— Nie jestem przecież marynarzem.
— Kogo to obchodzi? Jeśli jedziesz na morze, jesteś nim. Każdy, kto wyrusza na morze, jest marynarzem.
Było w tym coś więcej albo nieco mniej niż twierdzenie dobrego Harry’ego; to było zwykłe powiedzenie amerykańskie. „Are you a good sailor?”176 nie oznacza bynajmniej pytania, czy ktoś jest dobrym pracownikiem marynarki, tylko czy nie cierpi na chorobę morską. „My wife is a bad sailor”177 — nie oznacza złego marynarza, tylko skłonnego do morskiej choroby.
— Ależ ja nie mam żadnych papierów!