— Czy chętnie cię trzyma? — zawołała. — Czy odczułaby twą nieobecność? A czyż nie o tym właśnie mówiłam ci przed chwilą? Czy nie posłała mnie w pośpiechu z parasolem, zauważywszy na niebie chmury? Czy nie kazała przenieść cię o piętro niżej, żebyś miała ładniejszy pokoik? A tyle innych drobnych dowodów czyż nie świadczy o tym, żeś złagodziła jej charakter? A piesek? A kotek? A chociażby jej sposób mówienia do mnie i wiele, wiele innych rzeczy? Nie wyobrażasz sobie nawet, do jakiego stopnia brakłoby jej ciebie, gdybyś stąd odeszła.
Twarzyczka Pollyanny zajaśniała po tych słowach radością.
— Ach, Nancy, jak to dobrze! Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że jestem cioci Polly potrzebna!
„Teraz naprawdę nie mogłabym jej opuścić — myślała Pollyanna, idąc do swego pokoju. — Wiedziałam, że mi jest dobrze z ciocią, ale nie przypuszczałam nigdy, aby jej było dobrze ze mną!”
Pozostawało więc zawiadomić o tym postanowieniu pana Pendletona, co było zadaniem niełatwym i Pollyanna trochę się tego bała.
Lubiła bardzo pana Pendletona i szczerze mu współczuła, gdy go widziała smutnym lub gdy jej opowiadał o swym samotnym, nieszczęśliwym życiu. Wyobrażała sobie po wyzdrowieniu pana Pendletona ten duży dom o ponurych, milczących pokojach, zakurzonych stołach, porozkładanych w nieporządku książkach i serduszko jej ścisnęło się mocno. Pragnęła znaleźć kogoś, kto by...
I nagle podskoczyła, wydając okrzyk radości na myśl, która się urodziła w jej małej główce.
Udała się, jak mogła najprędzej, do pana Pendletona. Zastała go w bibliotece, już siedzącego na fotelu, ze swym wiernym psem u nóg.
— A więc, Pollyanno, czy będę mógł podczas resztek moich dni spokojnie grać w zadowolenie? — zapytał chory niecierpliwym tonem, zaledwie przestąpiła próg pokoju.
— Owszem — odpowiedziała Pollyanna — znalazłam najlepszy sposób, ażeby panu...