Z drżeniem serca przysłuchiwała się Pollyanna rozmowie i chociaż nie mogła pochwycić wszystkiego, zrozumiała jednak, że żadna z tych pań nie miała u siebie miejsca dla chłopca i każda myślała, że zrobi to inna. Słyszała, jak żona pastora zaproponowała, aby Koło Opieki pokrywało ze swych funduszów koszty wychowania chłopca. Można by było w tym roku posłać trochę mniej dla dzieci w Indiach! Propozycja ta wywołała ożywioną rozmowę, ale tym razem głosy były mniej przychylne.
Pollyanna zrozumiała, że Koło Opieki słynęło ze swych hojnych ofiar dla misji w Indiach i że byłoby ujmą12 posłać w tym roku mniej pieniędzy niż zwykle. Z dalszej rozmowy wynikało, że żadna z pań nie interesowała się wcale, w jaki sposób używano tych pieniędzy, chodziło tylko o to, aby nazwiska ich figurowały na liście ofiarodawców odsyłanej prawdopodobnie wraz z datkami pieniężnymi do Indii.
Wszystko to było tak męczące, że Pollyanna swobodnie i głęboko odetchnęła dopiero wtedy, gdy się znalazła na świeżym powietrzu.
Zmartwiona jednak była bardzo, gdyż nie należało do przyjemności oznajmić jutro Jimmy’emu, że panie z dobroczynności, o których mówiła mu z takim entuzjazmem, zdecydowały, iż wolą posyłać wszystkie pieniądze na wychowanie małych Hindusów, zamiast użyć część na wychowanie małego chłopca we własnym kraju.
Gorzej jeszcze: przyczyną tego było, że „nazwisko ich nie byłoby umieszczone na liście”, jak to powiedziała jedna z pań w dużych okularach.
„Nie to jest złe, że wysyłają pieniądze do Indii, ale że zajmują się cudzoziemcami tak, jak gdyby we własnym kraju nie było dzieci, które potrzebują pomocy i opieki! Jestem przekonana, że lepsza i pożyteczniejsza byłaby pomoc dla Jimmy’ego niż chęć figurowania na liście ofiarodawców!”
Tak rozmyślała Pollyanna, wychodząc z domu pastora.
Rozdział XII. W lasku „Pana”
Opuściwszy dom pastora, Pollyanna poszła nie do domu, lecz udała się w stronę niewielkiego lasku przylegającego do willi pana Pendletona i stanowiącego jego własność.
Czuła, że musi się trochę uspokoić, a ponieważ był to dzień odpoczynku (tak nazywała Pollyanna wszystkie dni, w których nie było lekcji szycia ani pracy w kuchni), pomyślała sobie, że nic jej tak dobrze nie zrobi, jak spacer w lasku.