— Rozumiem, ciociu!
— Znajdziesz tu wszystko, czego ci potrzeba. Zaraz przyślę Nancy, aby pomogła ci rozpakować rzeczy. Obiad jemy stale o godzinie szóstej — dodała, opuszczając pokój.
Pollyanna przez chwilę stała nieruchomo, potem przebiegła wzrokiem po gołej podłodze, gołych ścianach, oknach pozbawionych firanek i podeszła do swojego kuferka, tego samego, który tak niedawno jeszcze stał w jej małym pokoiku, tam, daleko na zachodzie; uklękła przy nim i ukryła twarzyczkę w swych drobnych dłoniach.
Tak ją zastała Nancy, gdy przyszła na górę.
W dobrej dziewczynie serce zadrżało współczuciem.
— Biedactwo! — szepnęła i zbliżywszy się do Pollyanny, uklękła przy niej, pieszczotliwie głaszcząc jej główkę; w końcu zapytała o klucz.
— Zajmiemy się rozpakowaniem kufra — rzekła, chcąc przerwać ponure myśli dziewczynki.
— Nic tam prawie nie ma — szepnęła ze smutkiem Pollyanna.
— Tym lepiej! Prędzej go rozpakujemy! — wesoło zawołała Nancy.
— Rzeczywiście! — ucieszyła się Pollyanna. — A więc mogę i z tego być zadowolona?