— Czy ja wiem! jak postarzeję! Powrócę wtedy do Kaniówki... która już jest prawie zupełnie moją, bo dwóch braci spłaciłem... Ale to na starość... Spokojność, swobodę, gniazdo rodzinne, życie rodzinne, na koniec życia... pour la bonne bouche. Tymczasem, trzeba pracować, trzeba pracować...
— Aby do dziesięciu dobić? prawda?
Zaśmiał się.
— A no! zapewne, czemużby nie? jeżeli tylko można... Na tem świat teraz stoi...
— Spodziewam się, że mię odwiedzisz...
Zmieszał się, pomyślał trochę.
— Wątpię, chciałbym bardzo, ale wątpię. Nie wyobrazisz sobie nawet, ile mam do czynienia. Tydzień już tu bawię, a jeszcze nie zrobiłem połowy tego, co trzeba. Wizyt oddaję mnóstwo, ale takich tylko, które są potrzebne, rozumiesz? dla interesów. U baronowej bywam, bo krewna blizka i... baron jest mi potrzebnym...
— Wzgląd drugi ważniejszy zapewne od pierwszego — uśmiechnął się znowu Roman.
Domunt jakby obudził się ze snu.
— Ale nie! Proszę cię, nie bierzże mię znowu za takiego już materjalistę... Owszem, owszem, chciałbym nieraz bardzo, ale czasu nie mam... Do ciebie, naprzykład, wpadłbym z rozkoszą, choć na chwilę... a gdybyśmy tak zeszli się na cały wieczór, we dwóch... o dawnych czasach, o Kaniówce, o różnych tam rzeczach naszych, pogawędzić... dobrzeby było, co? Może i ukradnę kiedy parę godzin! Ale nie, nie, nie będę mógł, z pewnością nie będę mógł... Czasu zabraknie... Żałuję bardzo, ale czasu mi zabraknie... Co robić? Na to życie!