— Więc odpowiedź, której mi pan udzieliłeś dla Marcelego, jest ostateczną i stanowczą?
— Stanowczą — potwierdził Domunt — nie jestem zresztą bardzo uczonym i nie tak to wiele światła schowa się pod moim korcem.
— Pokora chrześcjańska — zażartował jeszcze Rosnowski.
— Tak — potwierdził Domunt — i nigdy nie przestanę sobie winszować, żem się na nią zdobył...
— A gdybyś się pan nie zdobył?
— Powiesiłbym się po raz drugi, bo raz już się wieszałem — odparł Kazimierz.
— Niktby tego nie odgadł, widząc pana teraz tak wesołym!
Zstępował już po wązkich schodach, za nim nie bez trudności szedł Swój. W bawialni pani Paulina, z wyrazem zmartwienia na twarzy i zakłopotanemi gestami chudych rąk, zcicha mówiła o czemś mężowi, który, siedząc przy niej na kanapie staroświeckiej i szerokiej, trząsł żartobliwie łysą głową i półgłosem odpowiadał:
— Co tu robić? Nie martw się tem, kotko! Każdy za swoje głupstwo zapłacić musi! co tu robić? Ona za swoje tem zapłaci, że zostanie grzybem!
— Ależ, mój Romualdzie, mnie to właśnie boli... ja się tego lękam... ach, ach, ach, jabym dla niej szczęścia tak pragnęła... tak pragnęła...