Darnowscy zeszli ze schodów werendy, kołyszących się pod ich stopami, przedarli się przez kilka puszcz rozmaitych, aż znaleźli się znowu na dziedzińcu, w pełni światła słonecznego, tuż przy gromadce ostów, które w powiewie wiatru zawzięcie trzęsły siwemi brodami.
Roman wydawał się zamyślonym, smutnym i nawet bledszym trochę, niż zazwyczaj. Pan Romuald przeciwnie, z ożywieniem i zapałem szeroko tłómaczył synowcowi, jakim jest gatunek ziemi, którą końcem laski rozgrzebywał. W bramie stanął i wzrokiem rozbłysłym zataczając dokoła, w boki się ujął:
— Skarby, kotku, nie majątek. Ziemię to oni uprawiają nieźle, nie najlepiej, jednak nie źle, bo, co tu robić, dochody daje, a któżby mógł nie dbać o dochody? Ale powiadam ci, kotku, że jednak nie dobywa się z niej tego, co mogłaby wydać... co tu robić, nie dobywa się i koniec. Co? jak? dlaczego? Ty się tam na tem nie znasz! Wczoraj nie byłeś, dziś jesteś, jutro nie będziesz. Mało wiesz, co tu robić, mało znasz, mało dbasz...
Roman, głosem stłumionym trochę, przerwał:
— Mój stryju, dobrze to małej Broni nazywać mię australczykiem, ale ty stryju... chciałbym, abyś ty...
Pan Romuald wpadł mu w mowę:
— Niechże Bóg broni, kotku, abym ci miał krzywdę taką wyrządzać! Bronię nawet, co tu robić, za ten dziecinny żart wykrzyczałem. Któż wątpić może, co tu robić, że jesteś europejczykiem... tak, najpewniej, niewątpliwie, co tu robić, europejczykiem jesteś... pomimo to...
Nie skończył, bo w tej chwili zbliżył się do rozmawiających młody i zgrabny chłopak, który wyszedł był z dziedzińca folwarcznego, ukrytego pomiędzy budynkami gospodarskiemi. W grubem, ale już nieco zakrawającem na elegancję ubraniu oficjalisty dworskiego, wybrał się był może na przechadzkę świąteczną, ale, zobaczywszy starego Darnowskiego, podszedł śpiesznie i pocałował go w ramię z uszanowaniem. Darnowski uścisnął mu rękę, widać było, że znali się zblizka i poufale. Kilka minut rozmawiali o rzeczach dla Romana niewiadomych, poczem pan Romuald, głową wskazując na pałac, zapytał:
— Powiedzże mi, mój Władku, nie wiesz czasem, kotku, gdzie jest teraz pan Oławicki? Ja i Stefek interes mamy do niego... co tu robić... o ten młyn, co go Boleś Wygrycz chce wziąć w dzierżawę... Możebyśmy choć napisali, co tu robić, ale dwa miesiące temu nikt tu nie wiedział, gdzie się pan Oławicki obraca... Może teraz wiecie... kotku, co?
— Owszem — odpowiedział chłopak — był w tych dniach list od plenipotenta głównego, właśnie w interesie tego młyna i pana Wygrycza...