Przez otwarte na oścież drzwi kościelne wybuchał na cmentarz śpiew chóralny z muzyką organów. W wysokiem okienku dzwonicy szarej dzwon latał; serce jego, uderzając o ściany śpiżowe, rozlewało górą dźwięki, szybkie, czyste, srebrne, tryumfalne. U kamiennego ogrodzenia kościoła, pod drzewami rozłożystemi, kwitły olbrzymie malwy dzikie, jak róże z koronami rozwartemi szeroko i śpiewali fałszywie żebracy, szeroko także otwierający usta bezzębne. Bryczki, wozy, tłum koni, stały na trawie, w cieniach, rzucanych przez drzewa. Przy amerykanie, zaprzężonym w cztery konie, leżał pies wielki, zwinięty w kłąb pstry i kosmaty. Stary Darnowski, około psa przechodząc, pochylił się i zawołał: Swój!
Zwierzę podniosło łeb i spojrzało oczyma leniwemi, lecz rozumnemi.
— Gdzie twój pan?
Pies mrugnął powiekami i powolne spojrzenie zwrócił ku drzwiom kościoła.
— Aha, tak! naturalnie. Kiedy ty tu jesteś, to i pan twój gdzieś blizko. Prawda, Swój?
Swój ziewnął, a potem odpowiedział krótko:
— Hau, hau!
Co wyraźnie znaczyło: tak, tak!
IX
Kiedy dwaj Darnowscy stanęli w drzwiach zakrystji, prowadzącej do prezbiterjum kościelnego, tłum ludzi nieruchomiał po skończonej procesji, jak fala, układająca się do spoczynku. Gdzieniegdzie przebiegały ją jeszcze drgnienia, nuta pieśni nie dokończonej przeciągała się, jak echo spóźnione, westchnienie zaszemrało, aż wszystko zapadło w ciszę i nieruchomość; ksiądz zaśpiewał u ołtarza i organy zagrały na wysokim chórze.